raporty literkowe, biblioteczkowe, chrumkanie o ebookach i fantastyce

raport literkowy 2026.01

nowy rok, nowy świń, nowy czelendż, nowe pozycje na półce.

1/2026: marian baczal „źródło czerni”

wydawnictwo warbook, 2025

marian baczal to postać ze wszech stron wybitna, a mało znana poza dość specyficzną grupą czytelników twittera. analityk, geostrateg, publicysta, poeta, prawnik, pisarz, reporter, filantrop, pasywista miejski, społecznik, apokaliptyczny neoreakcjonista. człowiek z doktoratem z trollingu. autor i być może twórca gatunku poezji infrastrukturalnej, np. zbioru „Kolędy i pastorałki infrastrukturalne”, a tam między innymi pełne emocji utwory „Zaśnij Izero”, „Mizerna, cicha polityka komunikacyjna pełnomocnika ds. CPK”, „KDP malusieńka”, „Nie było pekaesu dla ciebie”.

tutaj próbka twórczości, poemat istotnie infrastrukturalny:

"Lament"

Twą piękną sylwetkę widziałem dziś we śnie
Patrzyłem na Ciebie, stałaś na podjeździe
Zbudziłem się rano cały zlany potem
Wyjrzałem przez okno a tam miałem Skodę
Myślę wciąż o Tobie, przeglądam konspekty
Mam u siebie wszystkie, co jeden to lepszy
Nadal wierzę że Cię na wycieczkę porwę
Zajedziemy razem tam na stację Orlen
Na full naładuje Cię power chargerem
Wszyscy będą patrzeć szczególnie na Ciebie
Dobrze, niech się patrzą na ten polski klejnot
I pojadę dalej - z Tobą, ma Izero

    o izerze to teraz co najwyżej naprawdę lamenty można robić, ale jak se głosujecie to tak macie.

    baczal to nie tylko poezja, cenne są również analizy twitterowe tegoż autora, np. głośny wpis z analizą, czy „psi patrol” jest faszystowski. wnioski są porażające. kontent mniej porażający – np. o rodzynkach w serniku – prowadzi również jego oficjalny pies, pies sworzeñ. owczarek berneński.

    ale może dość o autorze i psie marki sworzeń; „źródło czerni” wydało wydawnictwo warbook, co ma konotacje: 1) będzie niepoetycko 2) będzie raczej przeciętnie. o dziwo, jest nieprzeciętnie. wydawca postawił chyba na baczala dość mocno, bo to pierwsza (?) książka w settingu fantasy w ich ofercie. autor nazywa książkę postapokaliptycznym steampunkiem noir. nie jestem pewien co to znaczy. nie mogłem odpędzić pewnego skojarzenia – dziś jestem dojrzałym knurem bojowym, ale dawno dawno temu, kiedy byłem jeszcze różowiutkim prosiakiem licealnym, to fabryka słów wydawała taki cykl pawła kornewa, „przygranicze”. przeczytałem chyba dwa tomy. było głupie i dziwne i źle napisane i bez sensu i nieporadne i dziecinne i momentami nawet śmiesznie maczystowskie, nawet w liceum już czułem krindż. skoro tak, to dlaczego kojarzą mi się książki tego rusa, skoro baczal jest co najmniej trzy kategorie wyżej? nie wiem. tak generalnie to nie czytam postapo, więc może dlatego. bliżej temu do książek tomasza kołodziejczaka o ostatniej rzeczpospolitej, ale to już pamiętam jak przez mgłę.

    światotwórstwo tutaj na wysokim poziomie. świat osiemnastego wieku po upadku gwiazdy na moskwę i inwazji czerni (w mianowniku: czernia, więc chyba powino być czernii?), czyli czegoś w rodzaju pasożyta ogarniającego zwierzęta i ludzi. czernię można eksploatować jako narkotyk. zesłanie czerni jest traktowane jako boski dopust, stąd znaczna religijność społeczeństwa. akcja dzieje się w rzeczpospolitej narodów, xviii wiek. król rzeczpospolitej, jan v, jest panem galii, germanii, italii i polonii. stolica jest w rawennie. ludzie żyją w miastach, ale też w skupiskach, głównie podziemnych jaskiniach i bronią się przed czernią. jest brudno, nie ma słońca, szaro, ciemno, bandytyzm, głód i popiół z wulkanów.

    bohaterów (bardziej: protagonistów, do bohaterstwa im daleko) jest kilkoro, pierwszy jest przedstawiony kir, który jest nocnikiem – czyli pracuje spędzając noce poza osadą i eksplorując świat. trochę jak stalker. do tego mamy rotmistrza kawalerii marcelego firleja, przybyłego z rawenny i panią instygator królewską joannę barthę, czyli powiedzmy prokuratora. losy bohaterów się, oczywiście, krzyżują, jak to w powieściach bywa, ale dopiero ok. 60% książki.

    językowo jest ok, ludzie cośtam narzekają w komentarzach ale jest ok. cośtam klną, ale patrząc na świat przedstawiony to trudno się dziwić. sporo neologizmów związanych z czernią właśnie, są czerniaki, można mieć czerniawicę, można się zaczernić a w sytuacjach kryzysowych stać nacierakiem, czyli przesadzić z czernią wcieraną w dziąsła. dużo zwrotów religijnych, w ogóle religia jest dość ważna w tym świecie. autor jest niby debiutantem, ostatni równie dobry debiut polskiego autora fantasy to dla mnie chyba marcin świątkowski. rzadko się zdarza, no jestem pod wrażeniem.

    4+/5. zapłaciłem na nexto aż 25 zł, autentycznie mi się podobało i chciałbym żeby powstała kontynuacja.


    2/2026: isaac asimov – „ja, robot”

    wydawnictwo rebis, 2024

    pierwszy zbiór opowiadań z cyklu „roboty”. niesamowita okładka, jestem pełen podziwu. obejrzałem na gr chyba z 200 różnych wydań i ta polska jest autentycznie najbrzydsza. asimov nie ma szczęścia do rebisu, autentycznie wszystkie jego cykle – roboty, fundacja, imperium – wyglądają co najmniej źle. mam kupione wydanie drugie ebookowe, czyli 2024. w papierze wersja z 2024 to wg strony redakcyjnej trzecie wydanie.

    9 opowiadań, trochę jakby wstęp co tego cyklu (5 części). prawdopodobnie czytałem to w podstawówce czy okolicach, z biblioteki. w każdym razie teraz czytałem to zupełnie od nowa, po tylu latach nic nie pamiętałem. jak z całym dorobkiem autora, czas nie obszedł się z tą książką dobrze. trochę ramota. nie wątpię, że w latach 50. to musiało robić wrażenie, nie można też odmówić wpływu na późniejsze wyobrażenia robotów i androidów w nauce i kulturze (np. westworld), ale dzisiaj to trochę słabo.


    3/2026: ray nayler – „gdzie zakopano topór”

    wydawnictwo mag, 2025

    77 książka wydana w serii „uczta wyobraźni”. po asimovie okładka wydaje się wręcz urzekająca.

    autor miał nawet ciekawe życie, głównie jako dyplomata. służył w rosji, azerbejdżanie, tadżykistanie, wietnamie. nawet mówi po rosyjsku, azersku, tadżycku i wietnamsku. napisał na razie 3 książki, wszystkie wydał mag, wszystkie w uczcie wyobraźni. dostał za nie hugo, locusa i dwie nomki do nebuli (wszystko za te wcześniejsze, nie za to co teraz czytałem, za to nie dostał nic i trochę rozumiem).

    znowu dystopia. akcja przeskakuje pomiędzy państwami – unią i federacją – gdzie jedna to typowy zamordyzm na styl ruski (stała obserwacja, propaganda, punkty kredytu społecznego), z prezydentem który kopiuje swoją osobowość do kolejnych ciał, druga to techno-zachód poddany kontroli ai, reklamy i korporacji. generalnie wszyscy szpiegują, ale z różnych przyczyn. federacja nie jest nazwana rosją, ale ludzie nazywają się jurij, witalij, nikołaj, przytaczają sobie bajkę o kościeju bezśmiertnym, piją herbatę z samowara, a w tajgę da się dojechać bez przekraczania granic. przy takim światotwórstwie to bym już wolał, żeby autor napisał wprost. ok. 70% akcji książki dzieje się w federacji właśnie, unia jest potrzebna właściwie tylko po to, żeby była fabuła i można było przeciwstawić jej federację.

    językowo jest dobrze, nawet tak trochę intelektualnie. jest dużo ładnych cytatów, takich cokolwiek rewolucyjnych, bo jedna z bohaterek napisała książkę, którą często cytują. spoza książki w książce bardzo spodobał mi się frazal:

    Nazywaliście obywateli „pasożytami”. Albo i „czerwonymi komunistycznymi żukami, co to żywią się gnojem pomocy międzynarodowej”.

    nie czytało się jakoś źle, nie męczyłem się ani nic, ale nie mogę powiedzieć żeby jakoś to mi się podobało. w ogóle trudno mi powiedzieć o czym tak naprawdę ta książka jest, poza dość oczywistą krytyką obu ustrojów. niby jest jakiś ruch oporu, który doprowadza do zmiany na szczytach władzy, ale trudno zrozumieć co się dzieje w kolejnych podrozdziałach. palmera (konkubenta jednej z głównych postacji, lilji) próbuje przejąć kilka frakcji. i naprawdę czytając to już nie wiedziałem, czy ta agentka co po niego idzie, to chce go uratować czy zabić czy co innego. w ogóle ten palmer wydaje się ważną postacią, aż tak ok. 40 procenta książki się traci. 24,50 zł w świecie książki. daję 3/5. mam podejrzenie, że za pół roku nic z tego nie będę pamiętał.


    4/2026: hao jingfang – „włóczędzy”

    państwowy instytut wydawniczy, 2025

    rzecz niebywała. chińska (!) powieść sf (!!) w piw (!!!). tego jeszcze nie grali. piw wydaje cykl „opowieści niesamowite” i to jest chyba fantastyka, wyszło tego na razie 9 pozycji, opowieści włoskie, czeskie, francuskie, japońskie, nawet polskie, ale żeby tak powieść sf? coś nowego.

    autorka nie jest taka całkowicie nieznana, dostała nawet nagrodę hugo w 2016 za „folding beijing”, best novelette – najepsza nowelka/ mikropowieść/ powieściątko? mam to w jakiejś antologii chińskich opowiadań sf kupionych za 3 dolary na amazonie. w polsce też był przedruk, w nf, jako „składany pekin”. nie wiem jak to się stało, że ktoś zdecydował się na wydanie książki, co więcej nie wiem jak to się stało że wydał to piw, w serii „proza dalekiego wschodu”, czyli raczej wysokoliterackiej. nie jest to jakieś niesamowicie nowe, pierwsze wydanie w 2016 r.

    książkę przetłumaczyła joanna krenz, czyli profesor(-ka/ -czyni/ -essa względnie osoba profesorska) sinologii z uam. specjalnie sprawdziłem, czy przypadkiem nie tłumaczyli z wydania angielskiego, ale jak piw robi to robi na poważnie. co ciekawe, angielskie tłumaczenie ponoć było jakoś cenzurowane – ken liu ponoć dokonał sensitivity reading, usunął z powieść fragmenty, które mogą sugerować opresyjny podział ról płciowych, różnic rasowych. nie wiem czy to prawda i raczej nie sprawdzę.

    potraktowanie na poważnie zostało na swój sposób docenione przez odbiorców – w polskim internecie ma to generalnie recenzje raczej dobre i bardzo dobre. w zachodnim gorsze. ale zachodni czytelnik wybredny. albo może od sf oczekują bardziej gwiezdnych wojen, star treka i kosmicznych strzelanin. jeżeli tak, trudno wskazać coś dalszego od tych oczekiwań niż „włóczędzy” właśnie. nie jest to hard sf, co to wymaga zrozumienia rozwiązań technicznych, naukowych, mechanicznych etc. „włóczędzy” to zupełnie inna sprawa, tu w ogóle nie ma wątków naukowych czy technologii. nie ma tutaj żadnego pierwszego kontaktu, obcych, eksploracji, walki cudów niewidów. akcja jest tak niespieszna, że w zasadzie to jej nie ma. świńskim okiem, to w ogóle nie jest sf w rozumieniu science, nawet nie wiem czy to sf w rozumieniu speculative.

    fabuła służy wyłącznie przedstawieniu przemyśleń autorki – w rozmowie goćka z rzymowskim pada: fabuła pretekstowa. a przemyśleń jest wiele: co do polityki, społeczeństwa, państwa, gospodarki. przedstawiony jest konflikt ziemi (dość zaawansowany kapitalizm, znaczna pozycja korporacji i mediów, ale z dużym kosztem społecznym) i marsa (gospodarka kolektywna, niekapitalistyczna, raczej nastawienie na równość i wspólnotę). mars ma, z natury rzeczy, relację postkolonialną z ziemią, zerwał się z łańcucha wygrywając wojnę. komu żyje się lepiej, która planeta jest bardziej utopijna? dość oczywiste jest, że pani jingfang pisze tak naprawdę o sporze marsa: naszego wschodu (głównie chin) z ziemią: naszym zachodem (usa+europa). teoretycznie mamy spojrzenia na świat dwójki bohaterów, ziemskiego filmowca i marsjańskiej tancerki. jemu się podoba, że na marsie jest kreatywność, dochód podstawowy, spokój, nastawienie na rozwój, kulturę, naukę. więc on (eko), pomimo że z ziemi to by wolał na marsie, ostatni raz pojawia się w ok. 30% książki, więc nie był istotny widocznie. ona (luoying) jest trochę marsjańską księżniczką, bo wnuczką gubernatora, czyli w sumie prezydenta. była 5 lat na ziemi, teraz wróciła na marsa i chce z powrotem, bo podoba jej się niepewność, róbtacochceta, prekariat, przestrzeń, merkantylizm i generalnie większa wolność. i palenie marihuany jej się bardzo podoba. pod koniec książki luoying organizuje coś w rodzaju rewolucji przeciwko biurokratyzacji marsa, którą przeprowadzają poprzez performens teatralny. no jest to tak niesamowicie naiwne i zwyczajnie głupie, że te entuzjastyczne recenzje mnie szokują. fabuła może jest pretekstowa, ale jak dla mnie zwyczajnie nie ma fabuły. jest mocno znudzona marsjańska nastolatka której podoba się kontrkultura. i na tym oparta jest książka.

    strasznie długo to czytałem, głównie ze względu na obowiązki pozaliterkowe, ale też ze względu na to że zwyczajnie nie ciekawiło mnie to zbytnio. w recenzjach pada, że to powieść pięknie napisana, kontemplacyjna – no może, perły przed wieprza. jak dla mnie to do niczego nie prowadzi. w połowie czytania zacząłem czytać coś innego, żeby nie popaść w czytelniczą katatonię. no bardzo chciałem przeczytać coś ciekawego sf o marsie, ale jednak to nie to. 3/5.


    5/2026: mário-henrique leiria – „opowiadania przy ginie z tonikiem”

    lokator media, 2023

    to nie fantastyka, chociaż wiele do fantastyki nie brakuje. znalazłem tego autora raczej przypadkowo, przeglądając ofertę wydawnictwa lokator (względnie: lokator media). interesowali mnie głównie georges perec i roland topor, leiria zaciekawił blurbem. „prominentny przedstawiciel ruchu surrealistycznego”, „w 1961 r. aresztowany wraz z grupą surrealistów za przygotowywanie rzekomego zamachu stanu pod nazwą „operacja papuga”, będącego w gruncie rzeczy surrealistycznym happeningiem”. „klasyka portugalskiej literatury z pogranicza surrealizmu, pełna czarnego humoru i sarkazmu”. no trzeba przyznać, że intrygujące. na gr napisali: este clássico do surrealismo português, więc chyba lokator nie kłamał.

    zbiór poezji i opowiadań, krótkich i bardzo krótkich. do ogarnięcia w jeden dzień, pół spokojnie można przeczytać np. kiedy żona robi pasemka u osobopostaci fryzjerskiej. podobało mi się, chociaż nie jest to łatwe żeby wyjaśnić dlaczego. zwyczajnie podobało się. element surrealistyczny jest na wysokim poziomie, zawoalowana krytyka reżimu salazara jak dla mnie nie musi być zawoalowana, bo zwyczajnie nie wiem o nim absolutnie nic i trudno mi połapać konteksty. ale tak generalnie to podobało się, czyta się przyjemnie, jest humor, jest surrealizm, nie wiadomo co się dzieje, git.

    kosztowało ok. 25 zł, dostępne wyłącznie w papierze, lokator nie wydaje ebooków. kupione w księgarni internetowej, załapałem się nawet na zakładkę. jest drugi tom, „nowe opowiadania przy ginie”, który właśnie kupiłem i pewnie przeczytam.

    biblioteczka

    początek roku wszedł dynamicznie, promocją „zaczytani2026” na ebookpoint. pouzupełniałem trochę kolekcję (fundacja brina, beara i benforda, schalansky, labatut, asimov), ale debeściakiem jest tutaj sandor marai „dzieło garrenów”. 5 tomów w jednym, 1400 stron, 67 zł. w papierze rozbili to na 3. wg blurba to bardziej pod gusta małżonki, ale będzie grubo. później raczej spokój. kupiłem dosłownie pojedyncze rzeczy, co to akurat miały promkę, a były na liście obserwowanych. chyba po raz pierwszy więcej kupiłem książek na amazonie niż w polskich księgarniach.

    i zrobiłem niewielkie zakupy papierowe – takie same jak w grudniu, czyli topor, perec, leiria.

    bookpass

    czyli ten taki roczny niby-abonament w publio, 30 stycznia przyszła pierwsza oferta. w mailu małgosia dudek, koordynatorka programu, pisze co dla mnie wybrała. pisze to w taki sposób, jakby wybierała sama. co jest niewykluczone, jeżeli tak było to trochę współczuję targetu. agorowi dali mi 3 opcje:

    • „podniebna krucjata” poul anderson, wyd. rebis, 2026
    • „robot” adam wiśniewski-snerg, wyd. artrage, 2026
    • „na skrzydłach gwiazd” artur r. woźniak, wyd. warbook, 2026

    bardzo mi się podoba. wszystkie trzy pokazują: dostałem co chciałem, czyli sf. żadnej nie miałem i nie czytałem. wszystkie to nowości (w sensie że te wydania akurat, „robot” premierę miał w 1973, pohl w 1960). autentycznie spodziewałem się tego snerga i czegoś z rebisowego „wehikułu czasu”. za to trzecia propozycja to coś zupełnie dla mnie nowego, debiut powieściowy autora, nic o tej książce nie wiem i nawet o niej słyszałem. oceny na lbc niebywale wysokie, tak niebywale że ewidentnie pisali je ludzie, którzy dostali książkę od wydawnictwa. wybór spomiędzy trójki był względnie szybki i rozegrał się tak naprawdę pomiędzy artrage i warbook – uznałem że „robota” kupię od wydawnictwa, a od agory wezmę w abonamencie „na skrzydłach gwiazd”. no zobaczymy. jako pierwsze w tym roku przeczytałem „źródło czerni”, też z tego wydawnictwa, też debiut, podobało się bardzo więc może i tu będzie nieźle.

    chrumkanie

    jck w rzeczpospolitej

    pani sonia draga, z wydawnictwa sonia draga, nazwanego imieniem własnym, z tych katowickich dragowych sonii, wydawczyni literatury popularnej i niepospolitej, wybitna selekcjonerka pisarzy, księgaressa niezależna, wcielenie gustu literackiego (wszakże to ona odkryła polskim czytelni(cz)kom „50 twarzy greya”), pogromczyni niepochlebnych tłumaczy, prezesessa europejskiej federacji wydawców, odznaczona krzyżem zasługi – udzieliła wywiadu. podoba mi się, jak już w pierwszym pytaniu zostaje określona jako „szefowa jednej z najprężniejszych oficyn w kraju”. od razu wiem, że dziennikarz wie o co chodzi i wie co powinien myśleć czytelnik. nie wiem, jakie były założenia rozmowy, ale okazała się być poświęcona ustawie o książce, czyli w sumie to jednolitej cenie książki, bo innych problemów z książkami u nas nie ma. podoba mi się, że np. unia literacka pewne rzeczy mówi tak trochę półgębkiem, a w wywiadzie padają tak niemal prosto w ryj czytelnika/konsumenta. generalnie to tak:

    • teraz to i tak jest tanio (dla klienta), będzie drożej, ale drożej jest lepiej
    • księgarnie są potrzebne, bo tylko tam można zobaczyć czy okładka jest ładna i czy brzegi są wystarczająco barwione
    • w księgarniach internetowych promuje się głównie bestsellery, a „książki bardziej wartościowe, ambitne, są przez czytelników często niedostrzegane”, więc potrzebujemy księgarń stacjonarnych. w nich najwyraźniej nie promuje się bestsellerów, bo księgarniom nie zależy na pieniądzach. dlatego promują głównie huysmansa, traktaty filozoficzne i poezję. ostatni raz byłem w księgarni stacjonarnej w grudniu, ale wydaje mi się że bestsellerów były tam wręcz stosy.
    • „Może jednak czytelnicy zrozumieją, że jeśli płacą za bilet do teatru często powyżej 100 zł, zaś za bilet na koncert zagranicznej gwiazdy kilkaset złotych, to książka też musi kosztować.” bardzo mi się to podoba. książka musi kosztować dużo, bo taylor swift. jaka jest między nimi korelacja – logicznie żadna, ale istotna jest tutaj zmiana myślenia. z myślenia o cenie, czyli koszcie wyprodukowania oferowanej książki z jakąś marżą, przechodzimy na myślenie o cenie, jako o granicznej wartości którą ludzie są gotowi zapłacić. tak się handluje towarem o ogromnym popycie i znikomej dostępności, czymś premium, ekskluzywnym i bardzo drogim. trochę jak u skalperów.

    wg tych założeń, według mojej świńskiej osoby, wejście jck doprowadzi do:

    1) znacznego wzrostu cen książek objętych jck,
    2) zwijania się z rynku małych (ale takich naprawdę małych, butikowych) wydawnictw,
    3) w żaden sposób nie powstrzyma zdychania księgarni, w żaden sposób nie odwróci też trendu kupowania w księgarniach internetowych, ale może doprowadzić do rozmnożenia księgarni specjalizujących się w książkach z uwolnioną ceną
    4) nie naruszy status quo dystrybutorów

    zarżnięcie małych wydawnictw być może jest w interesie dużych wydawnictw, które są członkami izby książki co to p. draga była jej prezesem, ale niekoniecznie w interesie czytelnika książek bardziej wartościowych.

    newsy, zapowiedzi inne takie tam

    gw foksal wrzuciła dane sprzedaży za 2025. bez konkretów, ale napisali o formatach. sprzedali 5,4 mln papieru, 250 tysięcy ebooków i 200 tysięcy audio. nie wiem też, czy uwzględniają abonamenty typu legimi i empik go, ani czy w ogóle są w ofercie tych abonamentów (pewnie w empiku są, skoro to ta sama grupa kapitałowa). tak czy inaczej to jest 4% ebooków w sprzedaży. suabo, patrząc że to wyjątkowo popularne książki u bardzo dużego wydawcy.

    mag w końcu się zdeklarował co do reynoldsa i ruocchio. na obu zielone światło. reynoldsa na razie mają wznowić dwa tomy z cyklu „przestrzeń objawienia”, „prefekt” i „elysium” i wydać kolejny z tego cyklu, „inhibitor phase”. ruocchio mają wydawać/wznawiać (wcześniej 2 tomy z cyklu wydał rebis) pomiędzy 2027 a 2030. szmat czasu aż się to pojawi, ale jednak cieszę się.

    drobne chrumknięcie – wydawnictwo officyna poszło drogą piwu i sprzedaje u siebie własne ebooki po 20 zł. piw trendsetterzy. pewnie kupię drugi tom „trylogii siedmiogrodzkiej” miklosa banffy, premiera w lutym, nawet jeśli nie czytałem pierwszego. ale za dwie dychy? czemu nie.