raporty literkowe, biblioteczkowe, chrumkanie o ebookach i fantastyce

raport literkowy 2025.01-08

powrót po ponad pół roku. zacząłem czytać masę książek i prawie żadnej nie skończyłem. a później żona chorowała i nie było jak czytać. więc ostatecznie przez pół roku nie przeczytałem prawie nic.

przeczytane

zacząłem czytać masę książek i prawie żadnej nie skończyłem. a później żona chorowała i nie było jak czytać. więc ostatecznie przez pół roku nie przeczytałem prawie nic.

1. marcin wicha „rzeczy, których nie wyrzuciłem”

pierwszą książką w tym roku mieli być bracia karamazow, których męczyłem cały styczeń i dotarłem do mniej więcej połowy. nie jest to łatwa literatura. później hemingway – bardzo źle się zestarzało. a tutaj nagle wrzucają info, że marcin wicha nie żyje. i zgadzam się, tak się nie robi panie wicha.

czytałem kiedyś już zbiór jego felietonów i było to, delikatnie mówiąc, nienajciekawsze. stąd w sumie nie planowałem go czytać, ale jakoś tak wyszło. żeby nie było, czyta się to dużo lepiej niż dostojewskiego. całkiem dobre. wiadomo – ładunek emocjonalny jest, ale bez sentymentalizmu, więc jest ok.

po nagrodzie najki wyszło nawet sporo tłumaczeń, nie spodziewałem się. okładki:

ruska
włoska
węgierska
gruzińska

2. martha wells „all systems red”

czytałem to w zeszłym roku albo w 2023, w wydaniu po polsku. teraz apple+ wypuściło serial i jakoś musiałem sprawdzić czy zmieniło się moje postrzeganie tych mikropowieści, czy po prostu serial jest słaby. konstatacja: w oryginale lepsze niż tłumaczone, serial zwyczajnie słaby i głupi.

3. martha wells „artificial condition”

jak wyżej. co prawda serial to ekranizacja pierwszej książki, ale jakoś z rozpędu przeczytałem też drugi tom.

4. arturo perez-reverte „ostatnia zagadka”

nie wiem jak to się stało, że nagle wydawcą apr w polsce jest artrage. to chyba jedyny autor, którego przeczytałem od nich wszystko – „szachownicę flamandzką”, „w imię orła” i teraz to. a mają być w 2025 jeszcze co najmniej dwie, w tym ten najbardziej znany „klub dumas”. to tutaj jest dość jednak dziwne, nie ma jakoś dużo treści a jest bardzo dużo formy. niby kryminał, nawiązania do sherlocka holmesa, conan-doyle’a i agathy christie są jawne, ale wyszedł z tego jakiś taki meta-kryminał, który bardziej skupia się na opisach konwencji kryminalnych niż na samej zagadce. raz przeczytać i zapomnieć. ale powiedzmy 3+/5 można dać.

5. marcin podlewski „głębia. skokowiec”

głębia to polska space opera i to jest jej pierwszy tom. o ile mamy w tenkraju ileśtam cykli fantasy i to nawet całkiem docenionych, bo przecież sapkowski, wegner, kres, agnieszka hałas, grzędowicz – to dobrych cykli sf jednak raczej nie mamy. sporo jest cykli militarnych, z których najlepszy jest ponoć cykl michała cholewy „algorytmy”. ale space oper, takich wielotomowych i z rozmachem, to nawet nie umiem wskazać. słyszałem o cyklu „hejmdal” domagalskiego, cyklu „shadow raptors” nieściura, ale to militarne sf. coś pisała adrianna biełowiec, chyba jakieś ya wydane jako selfy. z przeglądania oferty solarisu/stalker books pamiętam jakąś dylogię marka żelkowskiego, ale też nie czytałem. tak naprawdę jedyne (i najmilsze) wspomnienia mam z „battle dust” czy też „bitewnym pyłem” sapkowskiego, który sam we wstępie napisał, że to tylko opowiadanie i nigdy nie miał zamiaru rozwijać go do pełnoprawnej space opery. internetowy rójumysł wskazuje właśnie na „głębię” przybyłka, czterotomową, jako na najlepsze co z tego gatunku powstało w tej krainie nędzy. ponoć hard sf w typie reynoldsa, hamiltona, asimova, banksa, coreya, hyperionu. no trzeba sprawdzić, nie ma wyjścia.

a tak w ogóle to catherynne valente napisała kiedyś dla jaj taką powieść, „space opera” właśnie. ale tam to jest jednak gra słów o tyle, że opowiada o eurowizji w kosmosie.

tak naprawdę to nie mam jakiegoś wielkiej potrzeby żeby to czytać, ale przy obecnym stanie umysłowym to nic poważniejszego raczej nie zrozumiem. na radykalny kryzys formy fabryka słów się nada.

nie jest to jakieś bardzo nowe, fabryka słów wydała tę książkę już w 2015. pierwszy tom jak to pierwszy tom, poznajemy miejsce akcji (tytułowy skokowiec, czyli statek kosmiczny umożliwiający skoki przez równie tytułową głębię) i poznajemy załogę. kapitan, pilot, nawigator, mechanik, doktor, komputerowiec, sam kapitan jest powiedzmy postacią centralną. poznajemy też świat i historię. i tak światotwórczo to jest całkiem nieźle, może się podobać, postaci nawet ciekawe, jest poczucie tej właśnie epickości spaceoperowej. mamy i dawne wojny z maszynami i obcymi, problemy z ai, zjednoczenia planetarne, sekty promaszynowe, sekty proalienowe, technologię, lożę spiskowców, głównego bohatera z nietypową zdolnością – dużo tego jest, a nie ma poczucia przytłoczenia. bohaterowie mają jakąś historię, jakieś cechy osobowe i motywacje. spokojnie można dać 4+/5, fajne i polskie, nie ma wstydu. próby sprzedania gdzieś dalej chyba podjęto, bo widziałem że nawet jakiś rus z petersburga napisał na gr, że никогда не думал, что в Польше есть сильная школа научной фантастики. mam wrażenie że ten cykl jest lepszy niż większość tego co ostatnimi laty zbiera hugo i nebule.

fabryka słów wrzuciła w ramach promocji (czwartego tomu co prawda) taki oto schemat miejsca akcji:

kupione na świecieksiążki w promce, wyszło 10,48 zł, więc jak na dzisiejsze czasy to cena przyjemna. jak się okazuje, fabryka ma wypuścić nowe wydanie, pewnie stąd promka. nowe wydanie będzie poszerzone o jakieś opowiadanie, tego nie mam. bywa.

6. katarzyna rupiewicz „pechowiec”

katarzynę rupiewicz poznałem literacko z promocji na wydawnictwo genius creations, dawno temu. chyba po raz fafnasty tu piszę, że genius creations to jest (albo było) wydawnictwo, które dawało szansę całkowicie nieznanym, polskim autorom fantastyki. wydali m.in. debiuty istvana vizvarego i pawła majki, wydawali dawida kaina, dworakowskiego, nawet ahsana ridhę hassana. czytałem niewiele – książkę o mistrzu haxerlinie, „szablon” agnieszki sudomir, „peterkin & brokk” gajka, nizińskiego (dobre!), rusnaka, ze dwie części cyklu małgorzaty lisińskiej (strasznie słabego), „jestem przy tobie” michała wyżgi, no i wspomnianych vizvarego i majkę. w pewnym momencie, chyba u szczytu możliwości, wydali nawet jakąś fantastyczną książkę remigiusza mroza – tej nie czytałem – i wydawnictwo popadło w niejaką hibernację, nie widzę żeby tam się działo cokolwiek. ale misję wykonali.

wydawnictwo genius creations nie było jakieś potężne, ceny również niewysokie, to w promocji ich książki latały za półdarmo. i kupiłem parę, w tym – nie wiedząc absolutnie nic – pozycję „redlum” zupełnie mi obcej katarzyny rupiewicz właśnie. i to było bardzo, ale to bardzo dobre. kosztowało chyba dychę, a pochłonąłem te 300 stron w moment i podobało mi się bardzo. w 2023 na targach książki na stoisku śkf trafiłem na szefową klubu (naganiała do zakupu antologii), która pouczyła że siedzi tam z uznaną autorką – i tak miałem szansę porozmawiać z katarzyną rupiewicz (niebywale znudzoną), wyrazić uznanie etc. autografu na ebooku nie mam. ale: zacząłem ją obserwować na fb, dzięki czemu doszły mnie słuchy o jej nowej książce, wydanej równo rok później, tym razem dla wydawnictwa silesia progress. silesia progress zajmuje się przede wszystkim książkami o śląsku, po śląsku i dla śląska (np. przekład hobbita na śląski), co nieodmiennie kojarzy mi sie z wydawnictwami, których celem istnienia są granty, granciki, konkursy, dofinansowanka i inne żebry. od paru lat zaczęli wydawać też fantastykę, głównie czeską, być może budżet się inaczej nie spina.

silesia progress pewnie nie wypuściłaby tej książki, gdyby nie było elementu śląskiego. pewnie istotne było to, że pani autorka mieszka w katowicach, jest członkiem śkf i tamże osadzona jest fabuła. nawet udało się przekonać grzegorza chudego żeby zrobił grafikę/obraz na okładkę. więc taka trochę fanstastyczna silesiana.

jest to urban fantasy z akcją w katowicach. skoro są takie o londynie, o chicago, toronto, to czemu by i nie? setting jest magiczny, otóż na świecie istnieje magia, magowie, magiczne stwory, magiczne organizacje. jest nawet administracja magiczna, której oddział jest na czwartym piętrze katowickiego altusa oraz straż magiczna, której siedziba była w budynku śląskiego instytutu nauki, obecnie zburzonego i zastąpionego blokiem. bohaterem jest francuz, oliwier, czarodziej, który ma tytułowe przezwisko malchanceux, i to nieprzypadkowo, bo typ ma generalnie pecha. otrzymuje zadanie rozwiązania magicznej zagadki kryminalnej – rozpracowania kto zabił agentkę służby ochrony. jednocześnie dostaje zadanie bycia nauczycielem czy mentorem jakiejś magiczki (polki) z dużym potencjałem (magicznym, chociaż podteksty erotyczne nie są jakieś poukrywane). setting jest ciekawy, autorka ma bardzo lekkie pióro, jest sporo humoru, jest dobrze. wymyślony i przedstawiony świat, że tak powiem, działa i dobrze że autorka będzie go rozwijać w kontynuacji (i chyba nie tylko, w lipcowej nowej fantastyce jest opowiadanie z tego samego świata, tylko akcja wcześniej).

tych fajnych rzeczy jest sporo, ale jest to jakieś takie powierzchowne. mam wrażenie, że książka jest tak połowę za krótka. samo osadzenie bohatera w akcji i jednoczesne związanie z dwiema frakcjami jest abstrakcyjnie zamotane. proces detektywistyczny jest w zasadzie nieistniejący, po prostu bohaterowie jeżdżą po mieście i wokół nich dzieją się rzeczy. oni generalnie sami nie detektywują, zagadka rozwiązuje się trochę jakby sama. bohater jest pechowcem, ale to jest posunięte aż do przesady – w zasadzie w każdej scenie obija się o ludzi, o meble, coś na siebie wylewa, mówi coś głupiego. od połowy lektury to już mnie trochę denerwowało. powiedzmy że to jakoś fabularnie wytłumaczone.

uderzająca jest trochę determinacja, żeby odhaczyć istotne katowickie punkty topograficzne. bohaterowie idą na rynek, stamtąd na mariacką, stamtąd na graniczną, stamtąd na nikiszowiec, następnego dnia na załęże, tu spotkanie w tatianie, tu nad stawem maroko etc. rozumiem, że wydawnictwo albo autorka akcentuje śląskość gdzie się tylko da, ale to wydaje się być takie bardzo wymuszone. może wydaje się tylko dlatego, że w miarę wiem co gdzie jest, pewnie gdyby się to działo w krakowie czy innej łodzi to bym tego nie zauważał.

7. „sprzedawcy marzeń. antologia opowiadań inspirowanych obrazami grzegorza chudego”

tak trochę za ciosem. ta antologia forsowana na targach w 2023 na stoisku śkf to właśnie to, kupiłem.

śląski klub fantastyki jest, jeżeli wierzyć ich stronie, najstarszym klubem fantastyki w kraju. niby jest wielosekcyjny, ale znaczenie ma wyłącznie sekcja literacka „logrus”. przedstawicielami są choćby anna kańtoch i michał cholewa, oboje wielokrotnie nagradzani zajdlami i żuławiami. większość członków i członkiń ma jakieś publikacje, raczej przeszły bez echa. klub wydaje co jakiś czas antologie opowiadań swoich twórców, jedną z takich antologii są właśnie „sprzedawcy marzeń”.

osobna uwaga dla wydania – świetne. kupione w papierze, wtedy zresztą nie było innej opcji, teraz jest ebook. twarda oprawa z szytym grzbietem, dobry papier. o ile pamiętam, było raczej drogie. niestety dość dziwny, kwadratowy format i idący za tym układ tekstu – dwukolumnowy. trudno mi się było do tego przyzwyczaić. w środku obrazy chudego, ale to traktuję jak chwyt marketingowy.

opowiadań jest 10:

  • agnieszka żak – „kałuża”: 1/5 jakiś plastusiowy pamiętnik baśniowe dziecinne nie dla mnie, robi wrażenie opowiadania na podstawówkowy konkurs
  • anna hrycyszyn – „gliwice dają czadu”: 3+ całkiem ok, taki lekki vibe sf nawet
  • krystyna chodorowska – „haczyk”: 4+ fajne, o nadmorskiej wiosce rybackiej w irlandii, dość niespodziewany bohater. jedno z czterech opowiadań całkowicie niezwiązanych ze śląskiem.
  • katarzyna rupiewicz – „heksa”: 4-, to chyba jest ten sam świat co w „pechowcu”. jak sobie radzi śląska heksa (wiedźma? germańska baba jaga?) w xxi wieku. bardzo mi się spodobał cytat:

Wiela to ci ŏ niym niy powiym – Bebok wzruszył ramionami – Za bajtla to ŏn niy bōł jaki inkszy. A terozki po naszymu niy godo, gorzoły niy pije, miynsa niy jy: taki gorol się z niygo zrobiōł.

  • joanna nałęcz – „maya”: 5, ale to nie fantastyka.
  • małgorzata pudlik – „nocny koncert i inksi”: 3? bardzo na siłę
  • anna kańtoch – „drzwi zwane zimą”: 2+, mniej dziecinne niż niektóre, ale tak czy inaczej meh
  • alicja tempłowicz – „katarakta”: 4, może 4+, dość mroczne, dystopijne, wątki alchemiczne
  • marta magdalena lasik – „na wyciągnięcie dłoni”: najdłuższe opowiadanie w zbiorze, znowu 4 do 4+, ciekawy koncept wiążący sf mgłę zapadającą nad dreznem (i europą środkową + wschodnią) z elementami magicznymi. nie obraziłbym się, gdyby autorka rozwinęła ten świat do powieści. albo cyklu.
  • piotr w. cholewa – „misiek”: to ma trzy strony, nie wiem czy da się ocenić.

z całego zbioru średnia wychodzi mi jakoś 3,5, na gr dałem 3.

8. cezary zbierzchowski „holocaust f”

kupione dawno dawno temu, czyli w 2013 r., bezpośrednio od wydawnictwa powergraph, chyba w dniu premiery. kosztowało 10,95 zł, tak tak, takie kiedyś były ceny. jeżeli dobrze kojarzę, to mieli taki koncept, że skoro książka jest tak bardzo futurystyczna i hard sf, to wydadzą tylko w ebooku. no i chyba wyszło tak sobie, 2013 to nie był jeszcze rok uczytnikowienia, bo ostatecznie wydali też papierowo. kiedyś inne wydawnictwo zrobiło to samo ze „starością aksolotla” dukaja i efekt był dokładnie taki sam. zacząłem to czytać już chyba trzy razy i nigdy nie skończyłem. kiedyśtam ogarnąłem że to się dzieje w świecie ze zbioru opowiadań „requiem dla lalek” tego autora i porzuciłem aż go przeczytam, chyba nigdy mi się nie udało.

wg gr książka wydana również po ukraińsku i rusku, wręcz większość recenzji jest po rusku. trochę rusom tego zazdroszczę, że wydaje się u nich autentycznie chyba wszystko ze światowego hard sf. „holocaust f” nawet u nas się nie przebił, a oni i tak mieli opcję sprawdzić czy dobre. my takich generalnie nie mamy, wschodnie rzecz to co najwyżej sedeńko wydaje (raczej fantasy), tak to cisza.

bardzo mi się podobało tak mniej więcej do połowy. to jest hard sf takie autentycznie hard, ale bardzo dużo jest elementów etycznych, filozoficznych, nawet podawanych niekoniecznie wprost. jest transfer pamięci, świat trochę postapokaliptyczny, wspomaganie cybernetyczne ciała i umysłu, ai, androidy, wszystko jest. a protagonista jest z takiej wyjątkowo bogatej rodziny (naprawdę górny procent górnego procenta), która jednak jest przywiązana do, nazwijmy to, starego świata. echa dukaja i „perfekcyjnej niedoskonałości” jak dla mnie bardzo wyraźne. np. bohater ma brata, który ginie w zamachu. przy próbie przeniesienia jego osobowości do nowego ciała okazuje się, że ma jakąś syntetyczną kopię mózgu, to już nie był jego brat – no chyba że był, tutaj miejsce na rozważania, czy człowiek z kopią świadomości jest człowiekiem czy nie. a człowiek, całkowicie świadomy, który nawet nie wie, że jego umysł jest kopią? i w środku końca świata bohater ma takie wątpliwości. fajne, to nie jest takie właśnie militarne sf czy nastawione na akcję, raczej na wizję i myślenie, z czymś takim kojarzy mi się hard sf właśnie.

do połowy jest wszystko co trzeba – świat, nauka, pomysły. jest 5/5. później ok. 10% książki zajmuje opis bitwy i ostatecznej porażki. to już militarne sf, no nie o to mi chodziło, ale ok. od tego momentu do końca zaczyna się takie niewiadomoco, jakieś poszukiwania rodziny, jacyś naziści, henry thoreau. po co – nie wiem. później bohaterowi przeszczepiają mózg do robota, który kocha ludzkość i ten robot przez ostatnie 25% biegnie. trochę biegnie do przodu, trochę na boki, to zje jakieś zwłoki, to się zamyśli. na koniec jeszcze trochę metafizyki, powrót boga czy coś takiego. książka, wg mnie, bardzo traci. zdecydowanie wolałbym żeby pociągnięty został wątek tego transferu osobowości do rozproszonego stanu, w zasadzie przeszczepienie umysłu w chmurę – tutaj coś podobnego ma miejsce, chmura nazywa się wrzosowiskiem – ale nie, tu robot robi tuptup. mocne jest odejście od hard sf na rzecz takiej militarnej sf, widać że autor ma takie tendencje i udało się je powstrzymać tylko przez pół książki. dobrze wiedzieć, że jego kolejna książka, „distortion”, to już czyste militarne sf.

na lbc opinie są bardzo rozbieżne i pewnie nie bez podstawy. ludzie piszą o przeładowaniu pomysłami i niepotrzebnej metafizyce. no mnie to kupiło. do połowy. i za pierwszą połowę 5-. ale za drugą? 2? to ile się należy?. autentycznie teraz ciekawi mnie ten zbiór opowiadań z tego samego świata, większe skondensowanie może dobrze zadziałać – a mam, w papierze i ebooku.

9. marcin podlewski „głębia. powrót”

i wracam do dopiero co rozpoczętej space opery. tom drugi, jak się okazuje, lepszy od pierwszego. co ciekawe, każdy kolejny tom jest dłuższy, a już pierwszy miał 712 stron. w papierze cykl pewnie zajmuje pół regału.

fabularnie mamy więcej tego samego, a skoro wcześniej się sprawdziło to dlaczego teraz ma być inaczej. jest więcej elementów politycznych, są te wszystkie stronnictwa, państwa, federacje, zjednoczenia, sekty, zbiory, zakony etc. teraz przedstawione na tym samym planie, ze wszystkimi sprzecznymi interesami i motywacjami. do tego poznajemy nowe frakcje, nowe ośrodki władzy. generalnie spoko, ale koncepcja autora jest taka, żeby przedstawiać akcję z pov kolejnych postaci, czyli powiedzmy z ich spojrzenia. i tych postaci jest tak dwa razy więcej niż w pierwszym tomie. mimo to nie ma jakiegoś chaosu, ładnie to pracuje, może dlatego że nie ma już przeskoków w czasie, jak w pierwszym tomie (tam np. jedna scena oglądana 3 razy przez różnych członków załogi). miejsca akcji też są dużym dystansie. wydaje mi się zasadne żeby robić nie za duże odstępy między tomami, bo zwyczajnie szczegóły się zacierają. tylko mnogość bohaterów ma to do siebie, że jak załogę skokowca ostatni raz widzimy na 34% książki, to następna scena z nimi jest już po 60%.

z ciekawych rzeczy: pojawia się to, czego wszyscy się bali, czyli siły obcych które udało się dawno pokonać, wracają (na razie nieśmiale, ale pewnie się to rozwinie). pojawia się ten tzw. big bad, chyba zasadniczy przeciwnik, który jak sądzę będzie później osią akcji (jest na okładce czwartego tomu, więc tak się spodziewam). główny bohater poprzedniego tomu, myrton grunwald, jest w zasadzie nieobecny, bo w kriokomorze. i jest jego nemezis, półczłowiek nazywany paliatywa. wyraźny vibe hana solo i jabby the hutta. dowiadujemy się trochę więcej o niektórych bohaterach, ale to trochę przez przeniesienie ich z trzeciego planu na drugi – byli w zasadzie zbędni, więc w pierwszym tomie nie mieli backgroundu, teraz dostają.

ocena w zasadzie taka jak tomu pierwszego, czyli takie 8,5/10. na gr wybór między 4 a 5 jest trudny, ale jednak bliżej 4.

10. michał protasiuk „anatomia pęknięcia”

tego zawodnika nie znam jakoś dobrze. kiedyś kupiłem i przeczytałem „ad infinitum”, to był taki trochę thriller z elemementami fantastyki żydowskiej. nie pamiętam wiele, ale pamiętam że przeczytałem to bardzo szybko, nie mogłem się oderwać. chyba to był thriller z elementami żydowskiej metafizyki, kabały, coś w tym rodzaju. czytałem też coś takiego jak „struktura” i z tego nie pamiętam absolutnie nic. pan protasiuk z tego co przeglądam gr to głównie udziela się w zbiorach i antologiach rozmaitych, ale raczej w stronę sf. tu również zbiór, ale autorski.

wydawca (powergraph znowu) reklamuje to jako polskie „black mirror”, co może w 2021 jeszcze robiło jakieś wrażenie, teraz tak raczej wcale. opinie albo bardzo dobre albo bardzo złe. ludzie narzekają przede wszystkim na styl/język, zachwalają pomysłowość. jest nawet komentarz że pani nie ogarnęła że to zbiór opowiadań, myślała że powieść, i zdziwiona że postaci z początku się już nie pojawiają więcej. dla mnie jeżeli książka zryje mi banię, to autor może pisać wręcz prostacko, w sf nie szukam jakichś kwiecistych cytatów tylko konceptów. i tu jest, muszę przyznać, dobrze, lepiej niż się spodziewałem. nie wiem czy to jak „black mirror”, kojarzy mi się bardziej ze starym sf ruskim albo polskim. opowiadań jest sześć:

  • „fikcja polityczna”, jak tytuł wskazuje – opowiadanie polityczne, nie udźwignęło pomysłu, ale i tak jest bdb
  • „anatomia pęknięcia”, psychiatryczne
  • „grzybiarze” to thriller sieciowo-mykologiczny (najdłuższe opowiadanie, całkiem ciekawe, do tego dużo o grzybach i internecie)
  • „ciała za mało” neurologiczno-empatyczne (koncept ciekawy, momentami może trochę bzdurny? jest ai, ale od strony trochę innej niż zwykle. do tego tytuł z piosenki furii, fajnie)
  • „sześć” korporacyjne, o zbuntowanej ai, teorii gier i sztabie kryzysowym
  • „przeciw naturze”, chyba najsłabsze, entropijno-katastrofalne.

na sam koniec pan autor dołożył krótkie posłowie, gdzie mówi co go zainspirowało do napisania kolejnych opowiadań, nawet załącza bibliografię. według mojego rejestru kosztowało to 16 zł. ku mojemu zaskoczeniu daję 5/5.

11. stanisław lem „kongres futurologiczny”

ten pan znany mi dużo lepiej, popularność jego wręcz rodzinna. wydanie jakim dysponuję to ebook z wydawnictwa cyfrant, czyli wg strony tytułowej „Pro Auctore Wojciech Zemek”. już kiedyś o tym pisałem, cyfrant to jakaś dziwna sprawa, ale ma tę poważną zaletę, że te wydania kosztują grosze – zapłaciłem 9,55 zł na nexto.

na stronie popularyzującej twórczość lema jest komentarz samego autora o tej książce, wzięty z listów do michaela kandla:

Kongres jest jakąś parabolą konsumpcyjnego społeczeństwa, społeczeństwa skierowanego właśnie na WSZECHUŁATWIENIE jako na WARTOŚĆ NACZELNĄ egzystencji, i to skierowanie rodzi zapaść wartości autentycznych, tych, co powstawały historycznie, „psychemia” zaś stanowi ultymatywną i uniwersalną technologię owej łatwizny. Implikacją finału jest z kolei myśl, że świat urządzono inaczej, że przychodzi moment, w którym hedonizm instrumentalny zostaje zmuszony do PŁACENIA za swoje praktyki, i że ta zapłata okazuje się dosyć koszmarna. (Przynajmniej TAK MOŻNA to pojmować, choć można też inaczej)

   

   

według gr „kongres” wydany jest w prawie każdym języku, ale po angielsku ma chyba ze dwadzieścia wydań. powyżej okładki grecka, hiszpańska, bułgarska, angielska, poniżej hiszpańska, dwie angielskie i turecka. najfajniejsze chyba turecka i obie hiszpańskie?

nie wiem czy rozsądnym było to czytać, bo założeniem na sierpień było polskie sf. a „kongres” to nie jest dla mnie jakieś szczególne sf, bardziej czarna komedia konesera nosów. kongresowy lem to jednak nie moje klimaty. ten zwrot akcji na ostatniej stronie jest tak oczywisty, że w zasadzie od połowy czyta się to jak bajkowe pitolenie. doceniam pomysłowość, koncepcję maskonów, chemii na wszystko i zabawy językowe, ale lubię lema raczej w modelu klasycznym, edenowo-solarisowym, esefowym.

12. marcin podlewski „głębia. napór”

dość dziwna okładka? postać wygląda jak legion z mass effecta czy inny zeratul ze starcrafta. nie bardzo wiem, co lub kogo miałaby przedstawiać. z opisów w książce nie przypomina nikogo. na poprzednich okładkach też było niewiadomoco, ale w stylu ludzkiego żołnierza piechoty (przez trzy tomy żaden się nie pojawił), to tutaj jest mi już całkowicie obce.

w egzemplarzu recenzenckim podobno jest dodana przedmowa/wstęp od autora, podsumowujące wydarzenia dwóch wcześniejszych tomów oraz cały setting świata. oczywiście egzemplarzem recenzenckim nie dysponuję, ale fabryka słów opublikowała ten fragment na swojej stronie – dobry krok przy tak złożonym uniwersum i wydawaniu książek co dwa lata. u mnie odstęp pomiędzy tomami dużo mniejszy, ale i tak chętnie to przeczytałem żeby sobie odświeżyć co i kiedy się działo. taka synteza tych 1500 stron z dwóch pierwszych tomów. przydatna, bo już sam nie pamiętałem kto zaatakował kogo.

podobno zwycięskiego składu się nie zmienia, więc tutaj mamy więcej tego samego co w poprzednich tomach. ale nie tylko tego samego. momentami akcja już ociera się o sf-horror. trochę też jest skręt w stronę, nie wiem, fantasy? niektóre wtręty wydają się wręcz magią, mam nadzieję że czwarty tom je wyjaśni.

jest ewidentny schemat – początek gdzie przeplata się akcja i polityka, później jakaś wielka bitwa, później powrót do sf i polityki, ale z wyjaśnieniem jakiegoś wątku. te bitwy są opisywane niezwykle szczegółowo. na początku tego tomu wydawało mi się, że wystąpiło już u mnie zmęczenie materiałem albo że ten tom jest najsłabszy z dotychczasowych. względnie jedno i drugie. z czasem podobało mi się coraz bardziej. pierwsza część to przeplatanka czasowa, oddzieloną chyba o tysiące lat, gdzie jeden plan zaczyna się dosłownie scenę po zakończeniu ostatniej książki, a drugi to dużo wcześniejsze rozpoczęcie wojen z obcymi, które ostatecznie doprowadziło do wypalenia galaktyki, czyli katastrofy. można poznać protoplastów stronnictw, które zostały już wprowadzone – myślicieli, czyli późniejszy klan naukowy imperium, gwardię etc. na swój sposób nawet ciekawe. oba plany łączy postać antenata, plagi, świadomej maszyny która rozpętała wojnę z obcymi. druga część książki (wszystkie mają po, mniej więcej, 1/3 objętości) to już tytułowy napór, czyli wojna naporu, kolejna wojna połączonych sił ludzkości (i nie tylko) i maszyn (tutaj nazywanych jednością) z obcymi.

naprawdę dobra space opera, nawet bez oddzielania na polskie i niepolskie. są opinie i recenzje, że głupie, że dialogi sztuczne, że skomplikowane – mimo to podoba się mnie bardzo i bardzo polecam. pomimo początkowego zwątpienia ten tom jak na razie oceniam najwyżej z cyklu.

biblioteczka

cośtam kupiłem przez te pół roku, żeby tak całkowicie nie wypaść z obiegu. oczywiście moje cośtam to jest sporo więcej niż przeciętny człowiek z raportu biblioteki narodowej, bo to pewnie ze 160 pozycji. najwięcej fantastyki, trochę pięknej z piwu, trochę artrage, parę prześwitów, trochę wszystkiego. do tego trochę papieru (np. starego piwu z czarnej serii), chociaż to z przyczyn oczywistych dość ostrożnie.

za to pojawiły się dwa nowe źródła książek. po pierwsze pojawiło się vinted. zawsze myślałem że to portal ze szmatami, a okazuje się że książki też bywają. nie mam co prawda żadnego doświadczenia z tym portalem ani nawet konta tamże – nic to, w robocie za ścianą mam dwie mocno zapalone vintedziary, które ogarniają każdy tajnik (nie, normalnie nie zamawiają tam książek). można pochytać lekturę za 1/4 tego co na allegro. te co mnie interesują są raczej tanie (bo nikt tego nie chce), ale już pozycje z większym popytem potrafią kosztować swoje. oczywiście kupowanie używanych książek papierowych ma swoje wady, np. „cesarski szaleniec” jaana kroosa ewidentnie należał do nałogowego palacza. ale już trylogia o jeanie de flambeur hannu rajaniemiego (48 zł za trzy tomy, ebooków nie ma) robi wrażenie ledwo czytanej.

po drugie, pozamawiałem trochę ebooków na amazonie. około 25. i przyczyn jest legion. jest rozbudzona nienawiść do wydawnictwa vesper. już o tym pisałem. interesuje mnie od nich tylko seria „wymiary”, z science fiction. wypuścili m.in. trylogię ryfterów petera wattsa, trylogię marsjańską robinsona, grega egana, orsona carda, aldissa, tchaikovskiego. i od nich można kupić to tylko w papierze. np. taki czerwony mars to 916 stron i kosztuje 89,90. drogo i nie mam gdzie postawić. a na amazonie kupiłem za dwa dolary. „navola” wydana niedawno przez vespera ma cenę okładkową 110 zł. na amazonie kosztowała mnie ~8 zł. kupiłbym ją legalnie po polsku, ale vesper mnie nie chce. nie chcecie wydawać ebooków – to dokiszajcie się sami ze sobą. oczywiście mój protest jest robiony w najlepszym modelu liberalnym, czyli jest osobisty, nikomu nie przeszkadza i nie przynosi żadnego wymiernego rezultatu, ale przynosi mi satysfakcję.

wydawnictwo mag też stęka, że się ograniczają, przesuwają premiery o rok czy dwa, rozważają miesiącami czy warto czy nie warto wydawać. nie to nie, zastanawiajcie się dłużej. zysk wydawał banksa i z 10 tomów „kultury” udało im się wydać pierwszy tom, po czym ubili serię. prószyński jak to wydawał w 1999 to przynajmniej dociągnęli do trzeciego. pierwszy tom w promocji na amazonie to półtora dolara. dolar tanio, poniżej 4 zł. polskie wydania nawet w mocnej promce tak nisko nie schodzą, a tu np. regularne promki nawet po -88%.

i ostatni powód, to jednak amazon ma taki katalog ebooków, że czapki z głów. inna specyfika rynku – w usa sprzedaje się więcej książek w e niż papierowych, też inna siła nabywcza. ale jak widzę takie coś jak „spękane gwiazdy. współcześni chińscy autorzy science fiction w tłumaczeniach kena liu” (mniej więcej, tłumaczenie moje), to przecież.. no ludzie, jak się tego nie kupi na amazonie i nie przeczyta od nich to się tego nie przeczyta wcale i nigdy. u nas nikt nigdy tego nie wyda, bo będzie kosztowało 80 zł i popyt to cztery osoby. a u bezosa kupiłem to za 3,14 dolara, czyli jakieś 12 zł. legalnie, szybko, bez łaski żadnego siajowego wydawnictwa. i tak, jest to po angielsku, może będę to czytał dwa razy dłużej i częśc słów trzeba będzie sprawdzić, może czegoś nie zrozumiem wcale, trudno. więc vesperowcy, srał was pies, i to jakiś solidny, cane corso czy inny mastiff.

chrumkanie

nie ma co chrumkać. challenge roczny miałem ustawiony na 12. ale to nie był książkowo jakiś wybitny czas, nieksiążkowo też nieszczególnie.