przeczytane
13. arek kowalik „dźwięki ptaków”

artrage 2025
pierwsza książka w nowej serii „fikcje” i zarazem debiut arka kowalika (nie wiem, czy naprawdę ma w dowodzie arek czy to taka artystyczna maniera). zbiór opowiadań i to piętnastu. kupiłem za 17,55 zł, wychodzi 1,17 za opowiadanie. najlepiej wydajnościowo wychodziła książka manganellego „centuria”, którą czytałem chyba dwa lata temu, 15 zł za 100 opowiadań.
książka podzielona na stronę a i b, jak płyta winylowa albo kaseta. opowiadania to niekoniecznie fikcje, są raczej różne. wszystkie są natomiast smutne, melancholijne i neurotyczne. mocno warszawskie, tj. dużo snobizmu, lewactwa, chorób psychicznych, narkotyków i zawiedzionych oczekiwań. z blurba spodziewałem się fikcji i absurdu. element fikcyjny to np. opowiadanie drugie, „lis i dziewczyna”, gdzie kobieta na dworcu nie może znaleźć nóg. protagonista odpowiada, że są w ząbkowicach śląskich, więc jadą tamże w poszukiwaniu jej nóg.
bardzo ładne językowo, przyjemnie się to czyta, nawet jeśli takie smutne. ale raczej nie wrócę do tego nigdy. no może do opowiadania „normalny człowiek”, gdzie jest dużo świń domowych, w tym świnia śnieżynka.
-Do wczoraj wszyscy mieli psy.
-Ale teraz mają świnie, a świnie są fajniejsze niż psy!
14. kelly i zach weinersmithowie „miasto na marsie”

insignis 2025
książka ma zasadny podtytuł „czy możemy skolonizować kosmos, czy powinniśmy to robić i czy naprawdę mamy to dobrze przemyślane?”
insignis to jest ciekawe wydawnictwo, bestsellerowe. tj. nie tyle wydają książki, które stają się bestsellerami, tylko ogarniają co się sprzedało i kupują prawa – a kieszenie muszą mieć głębokie. poza tym nie mają autentycznie żadnej tożsamości – wydają jednocześnie biografie isaacsona, głupawe fantasy machanienki, głuchowskiego, jakieś katolickie selfhelpy, cosy fantasy (te słynne „legendy i latte”), autobiografio-eseje znanych ludzi (snowden), hygge, szpiegowskie thrillery, queerowe science fiction i dużo dużo książek z gier komputerowych. no wszystko mają. wydaje się że dla nich liczy się, jak dobrze coś się sprzedało na zachodzie – stąd dużo książek autentycznie znanych ludzi, typu clarkson i neal de grasse tyson, ale też ludzi którzy są znani z tego, że ktoś znany ich poleca – jak np. vaclav smil. żeby nie było: są też wyjątki – np. w metro głuchowskiego zainwestowali w czasie, kiedy to jeszcze nie było jakieś poważne nazwisko. teraz wypuścili pierwszy tom cyklu „nowe wieki ciemne” pt. „kolonia” maksa kidruka. to miało dobre recenzje, ale polskie to pierwsze wydanie zagraniczne po natywnym ukraińskim. więc może jednak mają czuja. co by nie mówić, biznes się chyba kręci dobrze. co ciekawe, polskie wydanie „miasta na marsie” to dopiero trzecie – po oryginalnym i niemieckim. nie zawsze sto lat za murzynami.
mam obie książki, jakie wydali państwo weinersmithowie, ale z racji zainteresowania marsem i generalnego efektu nowości zaczynam od drugiej. pani jest biologiem (biolożką, biologinią, parazytologessą) i chyba trochę mózgiem tego małżeństwa, pan zajmuje się generowaniem humoru i rysowaniem. rysowanie idzie mu co najmniej dobrze, bo od lat czytam jego „saturday morning breakfast cereal” („sobotnie poranne płatki śniadaniowe”?), bardzo lubię.

książka jest zdecydowanie popularnonaukowa – z naciskiem na popularno – a nie stricte naukowa, ale z takim dość nietypowym dla tematyki brakiem hurraoptymizmu. ewidentnie dobrze przemyślana, dobrze zresearchowana, no zasługuje na uznanie. i została doceniona: wygrała nagrodę hugo (tą fantastyczną, jest kategoria „hugo za książkę powiązaną”. z czym powiązaną? nie wiem. po angielsku to ma większy sens, „for related work”). wygrała też nagrodę za najlepszą książkę z kategorii science brytyjskiego royal society. no i oczywiście była bestsellerem new york timesa, to można zgadywać w ciemno.
czy mi się podobało? no tak, ale w tym temacie pewnie podobałoby mi się wszystko. autorzy mają poglądy raczej przeciwne do mainstreamu, bardzo zachowawcze i sceptyczne, co jak najbardziej ma sens. autorzy lokują się raczej po tej bardziej liberalnej stronie – w rozumieniu amerykańskim – i np. bardzo unikają pojęć typu kolonia/kolonizacja, bo przecież u nich to ma dużo negatywnych konotacji. zamiast kolonia piszą village, czyli wieś/osada. z kolei tłumaczka, pani dorota konowrocka-sawa, wprost napisała że ma to w dupie i będzie pisała „kolonie” etc., bo po polsku takich negatywnych skojarzeń nie ma. sporo przypisów, humor mniej wysilony niż bardziej. może niektóre wątki nadmiernie spłycone (pomimo ponad pięciuset stron), może niektóre zbyt pociągnięte (np. cały rozdział o seksie w kosmosie i zagadnieniach prawnych), ale to też chyba wynika z przyjętych założeń popularyzacyjnych. wręcz pod absurd posunięte są rozważania o ewentualnych prawnych ramach zakładania kolonii, zajmuje to chyba ze sto stron i odbieram ten fragment jako ekstremalnie naiwny. trochę paradoksalnie najmniej jest tego co najciekawsze, czyli tytułowego miasta na marsie. można powiedzieć, że całość książki to taki reality check co do możliwości osiedlenia się ludzkości na księżycu, marsie czy sztucznych stacjach kosmicznych. bez szczególnych spoilerów: będzie ciężko. bo promieniowanie, ciśnienie, drogo, samotnie, głodno, zimno, gorąco, daleko i generalnie tzw. leśna hybryda (tj. chujnia z grzybnią).
kupione w świecie książki za 14,99 zł, niedługo po premierze. ebook ok, wszystkie grafiki w miarę wyraźne, nie trzeba powiększać czy odpalać na komputerze. czasami są błędy w formatowaniu, gdzie np. cała jednostka jest pogrubiona (chyba że tak ma być?). mam książkę roberta zubrina, szefa mars society, która wg tytułu i blurba opisuje jak będziemy żyli na marsie. skoro to pisze facet, tak delikatnie mówiąc, zapatrzony w ten cel, być może taki trochę bardziej sceptyczny wstęp do tematu się przyda.
15. italo calvino „zamek krzyżujących się losów”

państwowy instytut wydawniczy 2025
wznowienie piwu, z tego co rozumiem mają plany wydać wszystko co napisał. mamy tutaj podróżnika, który w trakcie burzy i po wyczerpującej podróży chroni się w gospodzie w zamku. nie wiadomo czy to gospoda przypominająca zamek, czy może zajazd urządzony w zamku. nawet treść jest podzielona na dwie części, „zamek krzyżujących się losów” i „gospoda krzyżujących się losów”. w tejże gospodzie wielu podróżnych, siedzą przy stole i się nie odzywają. nasz podróżny siada i okazuje się, że też się nie może odezwać. dlaczego? nie interesuj się, bo kociej mordy etc., autor tak wymyślił i koniec. goście opisują sobie, ze szczegółami, swoje losy i przeżycia, kartami tarota. po kolei opowiadają (pokazują?) sprzeniewierzony rycerz, alchemik, panna młoda, grabieżca grobów, zakochany orlando (który chyba w angielskim tłumaczeniu książki lata jako roland, przynajmniej na gr w komentarzach piszą o rolandzie, który inaczej się w książce nie pojawia) i wielu innych. oczywiście, jako że pokazują wyłącznie karty tarota i co najwyżej smutne miny, interpretacja zdarzeń należy do narratora czyli bohatera. po jakimś czasie okazuje się, że te historie się trochę przenikają. na koniec również sam narrator wykłada karty na stół.
nie jest to długie, ok. 160 papierowych stron, pisane ładnym językiem, niestety to brednie. to chyba moje trzecie podejście do calvino, ten bełkotliwy styl bez żadnego zawieszenia w rzeczywistości jest całkowicie nie do przejścia. jak to w piw, zapłaciłem 20 zł.
16. marcin podlewski „głębia. bezkres”

fabryka słów 2018
czwarty, ostatni tom cyklu „głębia”. już za chwilę, 10 października, wychodzi „imprint”, kolejna książka z tego uniwersum, ale z tego co rozumiem to ma być początek osobnego cyklu, „cykl exodusu”.
tom ostatni, trochę ulga że dotarłem do końca. w dalszym ciągu solidna space opera, wojna ludzkość + niektóre maszyny przeciwko obcy + niektóre maszyny, ale to już znaliśmy z poprzedniego tomu. teraz pojawia się kolejna frakcja, chyba już czternasta – blady król. ten jest nie tyle frakcją w rozumieniu typowym, militarnym czy politycznym, tylko jest takim jakby odwiecznym złem, które likwiduje życie w całej napotkanej galaktyce. takim co to się dzieci straszy i jest bardziej postacią z baśni. a tu proszę – jest, w ostatniej scenie trzeciego tomu pojawiają się grimy bladego króla. w ogóle myślałem, że to na okładce to ten blady król, ale to się okazuje nie być jednostka tylko bardziej zjawisko. w finałowym tomie już pełnoskalowa wojna z bladym królem i mamy szansę zobaczyć jak to wszystko co działo się wcześniej zaczyna się jakoś zazębiać i prowadzić do celu. dalej są rzeczy trudne do zrozumienia (i tu nie chodzi o hard sf), dalej są rzeczy nie do wyjaśnienia, np. dosłownie deus ex machina o imieniu andy.
ale jest też finał, zamykają się wątki, dobro zwycięża, część postaci ginie w bitwach, część postaci ginie w inny sposób, część przetrwała. tak czy inaczej mam wrażenie że pan autor nie do końca miał pomysł na ten zakończenie cyklu. bardzo nie lubię takich rozwiązań na skróty, jak w matriksie, że typ jednak nie umiera, bo przecież moc uczuć go powstrzymuje.
tom wyraźnie słabszy od pozostałych, główne uczucie satysfakcji wynika z tego, że to już koniec i nie muszę dalej, było to zaskakująco męczące.
17. john ridley, stefano rafael „ministry of compliance”

idw 2023-2024
komiks. wyżej okładka z pierwszego zeszytu, wszystkich było pięć. okładka swoją drogą daje trochę złe wyobrażenie o tematyce, ale co tam. komiks science-fiction, gdzie obcy żyją na ziemi i zorganizowani w 13 ministerstw mają doprowadzić ziemian do jak największego skłócenia, żeby przypadkiem nie mogli działać wspólnie przeciwko nim. i okładkowa pani to ministra (ministerka, ministressa) zgodności, która pilnuje trochę żeby się grzecznie bawić, bo jak minister zapomina po co jest ministrem to mu ucina głowę. to nie jest zła koncepcja nadzoru nad rządem.
czytane na komputerze, w papierze to chyba nawet nie wyszło w polsce. nie wiem dlaczego to otworzyłem, chyba to tytułowe ministerstwo mnie zaciekawiło, na komiks o urzędnikach będę musiał jeszcze poczekać. czy to było dobre/złe? no to było takie meh, nie jest to może aż tak banalna historia jak w jakimś typowym komiksie o superbohaterach czy innym g.i.joe, ale z drugiej strony „transmetropolitan” to też nie jest.
czy w ogóle w raporcie literkowym mogą być komiksy? jakieś literki tam są. czasem cośtam czytam. pościągane mam kilka serii, głównie sf albo dziwnych, np. „departament prawdy” czy „w0rldtr33”. z tego drugiego to nawet kiedyś kilka zeszytów kupiłem, na amazonie. oba mają akurat wspólnego scenarzystę i podoba mi się jak bardzo są popieprzone. „the department of truth” to jest rozbudowana opowieść o facecie, który jest specjalistą od teorii spiskowych. i okazuje się, że wszystkie te teorie spiskowe są prawdziwe, a funkcjonuje organizacja, tytułowy departament prawdy, która ma na celu ukrywać prawdę o nich.
tylko liczenie przeczytanych w ten sposób trochę traci sens, bo takie standardowe 12 pozycji rocznego czelendżu to komiksami można spokojnie w jeden wieczór zrobić.
biblioteczka
na amazonie w promocji dokupiłem za 3 dolary trzeci tom cyklu daniela abrahama „the dagger and the coin” (dosłownie: „sztylet i moneta”). w polsce wyszedł dawno temu pierwszy tom „smocza droga”, nawet miałem na półce. plany były dalekosiężne, ale jako że wydała to ars machina to skończyły się razem z wydawnictwem. bardzo ciekawym i wizjonerskim, ale kapitalizm ich pokonał.
pan michał michalski mówił w wywiadzie, że polski rynek ebooków stoi ludźmi kupującymi masę na promocjach. chyba potwierdzam tezę. wydawnictwo znak od ok. dwóch miesięcy ma non stop promocje zniżki, we wszystkich księgarniach. nie bardzo wiadomo dlaczego, ale prawdopodobnie chodzi o otwarcie własnego produktu wypożyczalniowego, takiego konkurencyjnego legimi. a że promki są niezłe i czasem da się je podkręcić, to +3 w publio (historia/ekonomia/energetyka), za sztukę wyszło mi 9,81 zł.
pierwszego września kupiłem dwa space operowe cykle roberta j. szmidta, „pola dawno zapomnianych bitew” i prequel. pierwszy cykl to 5 książek, drugi na razie 4, ale nie kupowałem całego, tylko to co było w promocji. świat książki ma czasami takie solidne promki na fantastykę, gdzie książki latają po 13 zł czy coś koło tego. „głębię” podlewskiego czyta mi się bardzo fajnie, to chętnie zobaczę kolejną polską space operę. szczególnie w promocji. ogarnąłem sobie jeszcze cykl michała cholewy „algorytm wojny”, też w promocji, na nexto.
artrage wysłało mi kod promocyjny na zasadzie „zamów dwa ebooki, zapłać za jeden”, a to daje naprawdę bezkonkurencyjne obniżki. nawet napisali mi w mailu „TAK SIĘ ZŁOŻYŁO że wydałeś/aś u nas już sporo pieniędzy. By ci to jakoś wynagrodzić, zrobiliśmy kod promo”. to wziąłem ostatnie książki z ich wydawnictwa, perez-reverte i roncagliolo. bez promocji, bo w księgarni piw-u, uzupełniam powoli dzieła zebrane stanisława rembeka.
i kupiłem znowu +kilka papieru, ech.
chrumkanie
chrum chrum.