20. rafał merski „słowiańskie odrodzenie”

rafał merski 2024.
w zasadzie to tytułu, wydawnictwa ani roku wydania nie udało mi się konkret ustalić – strony tytułowa ani redakcyjna książki nie wymieniają wydawcy, niektóre strony podają, że wydała to watra, inne że to self autora. na stronie tytułowej jest podany rok wydania 2024, wydaje mi się to nieprawdą, chyba chciał to wydać wtedy ale wyszło jednak w 2025. normalnie bym to sprawdził na bibliotece narodowej, ale po isbn nie znajduje takiej książki. nawet nie wiem do końca jaki jest tytuł, bo na okładce, stronie tytułowej i grzbiecie jest też etyka. przebudzenie. wiara rodzima, co jest elementem tytułu albo podtytułem, względnie czymś innym. opieram się na przekazie autora, gdzie podaje tytuł jak wyżej, bez dopisków.
autora poznałem na targach książki, gdzie maciej siembieda opowiadał swoje historie o grecji, a ja tułałem się po opustoszałych już nieco stoiskach. czego na targach nie wiedziałem, bo pan był ubrany po cywilnemu a nie po religijnemu: pan jest żercą (czyli, powiedzmy, kapłanem, ofiarnikiem) związku wyznaniowego rodzimowierców polskich „ród”, chramu „watra”, na dolnym śląsku. przez lata te wszystkie środowiska rodzimowiercze były bardzo podzielone (dalej trochę są, ale kiedyś każda gromada była odrębna), w końcu powzięli jakieś działania u podstaw i ogarnęli się na tyle, że pozostało kilka w miarę spójnych organizacji (zarejestrowanych w mswia jest podobno 5, ale realnie działających 3). nawet mają własny organ prasowy, słowiańską agencję prasową. merski opowiadał mi o badaniach nad rodzimowierstwem, słowianami etc., wydawał się autentycznie dużo wiedzieć i był mocno zajarany tematem. ja też byłem cokolwiek zainteresowany, po wakacyjnym wyjeździe w okolice jeleniej góry. kupiłem od niego dwie książki – nie wiem czy akurat najlepsze. w każdym razie zacząłem to obserwować na soszialach, stąd też dowiedziałem się o „słowiańskim odrodzeniu”. i to jest dużo ciekawsza książka niż tamte, głównie ze względu na temat. prawie równo rok później, na targach 2025, znowu trochę porozmawialiśmy z panem autorem, o różnych rzeczach. powiedział że z tej tutaj książki jest najbardziej dumny i że za nią zdobył najwięcej wyrazów uznania. uczciwie powiedział też, że pisał to dość dawno temu i jest to praca bardzo emocjonalna – co mogę potwierdzić.
książka, wg słów autora, to kompilacja kilku prac: „etyka słowiańska”, „moje słowiańskie przebudzenie” oraz niepublikowanych wcześniej tekstów. nie ma tutaj opowieści o perunie, welesie, zmeju, jaryle, leszych, postrzyżynach, dziadach. takich popularnych, mniej lub bardziej baśniowych wstępów do mitologii słowiańskiej jest sporo (po wstępie nigdy nie następuje rozwinięcie, bo to wymaga pracy, badań, tego ai nie zrobi), a wystarczyłby ten internetowy darmowy „mały słowianin”, który opublikował chram jantar. nie ma też bredni (np. twórczość kosińskiego, niebywałe że typa, który jeszcze niedawno pisał o kosmitach zasiedlających ziemię traktują jako poważnego badacza historii słowiańskiej czy czegokolwiek). no i nie ma romantasy o pięknych rusałkach zakochanych w nadobnych lechickich wojach, co też już widziałem (z tymi rusałkami to potencjalnie, nie czytałem – ale się domyślam). tego to nawet nie ma co oceniać, jest moda i ktoś chce na niej coś zarobić, tak jak wcześniej na wampirach, wikingach i dark academia.

rusałki, południce, topielice i pochodne. z zakładką 3d!
co jest: „etyka” to coś w rodzaju studium etycznego o wartościach, jakie kiedyś (być może) były dla słowian najważniejsze, z rozważaniem tego czy te wartości powinny być istotne dla polaków-rodzimowierców obecnie. albo miało to być takie studium w zamierzeniu autora. wyszło coś co wychwala słowiańskość, ale bez jakichś szczególnych podstaw. książka oparta na przekonaniu, że skoro przodkowie sobie w miarę dobrze poukładali życie, to widocznie i ich potomkowie są z tej samej, jak to się mówi, gliny i powinni robić tak samo. stosowana jest dość trudna do obrony teza, że skoro dla słowian-rodzimowierców ważna była cześć okazywana przodkom, rodzina, praca, rozwój – to są to wartości tylko im przynależne, dla późniejszych schrystianizowanych pokoleń ważne już być nie mogą.
druga część kompilacji, „moje słowiańskie odrodzenie”, to w zasadzie autobiografia autora, ale taka duchowa. no nie było to najlepsze.
są fragmenty lepsze, są gorsze, ale są też takie, że trudno jest przypisać autorowi ich autorstwo. autentycznie są podrozdziały, które składają się wyłącznie z cytatów. i są to cytaty z autorów, których nie spodziewałem się że będę kiedyś czytał – zadruga, zorian dołęgowski, jan stachniuk. są toporły, nie me wezwań do bicia żydów. mnie to się zawsze wydawało, że stachniuk to chciał wprowadzić narodowy komunizm a nie wielką polskę z perunem na czele, ale w sumie nie zgłębiałem tematu.
redakcja jest fatalna. jest osoba redaktora podana na początku, ale nie wiem czy realnie ktoś to czytał przed wydaniem. rozjeżdżające się czcionki, literówki, błędy interpunkcyjne, brak wielkich liter po kropce, no dużo tego. w pierwszej części po rozdziale 24 jest rozdział 26. w ostatniej są rozdziały 4, 5, 6 i znowu 4. to niby bardziej korekta niż redakcja, ale to tym bardziej mi sugeruje, że żadnej redakcji nie było. a takiej prawdziwej redakcji nie było z pewnością, ponieważ niektóre fragmenty autor pisze po 4 razy. autentycznie, w czterech miejscach książki autor pisze to samo, o stachniuku i jego pobycie w więzieniu. cytat o wspakulturze (ten sam co na wikipedii) też jest podany chyba cztery razy i za każdym razem autor przedstawia go od nowa.
wydaje mi się – chociaż moja wiedza w temacie jest znikoma, a żadnego researchu nie prowadziłem – że innych takich publikacji nie było. wydaje mi się też, że kolejna książka o mokoszy pozwalającej pokochać rusałce dzielnego woja sprzedałaby się lepiej.
21. christian grataloup „atlas historii świata”

post factum 2020/2025.
knurze jeden, czym się podniecasz? że atlas przeczytałeś? można w ogóle przeczytać atlas? może plan miasta też tu wpiszesz? słownik ortograficzny? gazetkę z marketu? otóż pozycja na tyle specyficzna, że chyba można zaliczyć do przeczytanych. atlasy historyczne kojarzą mi się z takimi z liceum, średnio dobrze je wspominam. tutaj to kompilacja map publikowanych przez lata we francuskim magazynie historycznym („L’Histoire” brzmi jak magazyn historyczny). ktoś sprytny wymyślił, by te mapy poukładać w rozdziały, opatrzyć komentarzami i wydać zbiorowo. podobno jest to hit, wiele wydań w różnych językach. sonia draga (post factum to jej imprint) wydała to w 2020, w 2025 wyszło wydanie rozszerzone. wydanie podstawowe to 512 map i 656 stron. wydanie rozszerzone to już 600 map. to jest bardzo dużo map. powiedzmy, że atlas częściowo przejrzałem, częściowo przeczytałem. tak od deski do deski to nie.
bardzo dużo map ma swój plus. jak coś nie jest interesujące, to bez żalu idzie się dalej. bardzo podobały mi się te mapy wpływów gospodarczych, kulturalnych etc. w recenzjach ludzie piszą, że jest nadmierne skupienie na francji i jej historii, że jest trochę chaosu, że jest dużo błędów. to pewnie prawda (błędów nie dostrzegam, ale pewnie za mała wiedza – może też zostały poprawione z okazji drugiego wydania). przy 600 mapach nie jest to dla mnie problemem, raczej traktuję to jako inspirację i źródło porównawcze niż podstawowe źródło wiedzy. większym problemem jest dla mnie czytelność części map. niektóre są mocno schematyczne, szczególnie te pokazujące dziki wschód europy, np. polskę. domyślam się że dla kogoś kto wie co chce przekazać jest to może wystarczające – dla przygodnego oglądacza chyba nie do końca. z drugiej strony pewnie przeładowanie danymi też by utrudniało.
z natury rzeczy, wyszło to wyłącznie w papierze. waży tak na oko z kilo, na dobrym papierze. książka łączy potencjał bycia książką na stolik kawowy, z niekrytym potencjałem toaletowym (ale raczej na krótko, za ciężka i pęciny cierpną). można otworzyć w dowolnym miejscu i oglądać, zawsze znajdzie się coś ciekawego. nie ma potencjału łóżkowego (w rozumieniu czytania w łóżku, chyba że ktoś jest w stanie przyknurzyć loszkę na mapy gospodarcze xii wieku, to szacun), ponieważ światło się odbija i – znowu – za ciężka.
mnie się podobało, nawet bardzo. chyba dobra rzecz jako prezent dla jakiegoś licealisty w wyciągniętym swetrze (z tym, że to raczej nie jako pomoc do szkoły) czy innego mądralińskiego, dla kogoś kto lubi historię ale niekoniecznie się nią zajmuje. dla zawodowców pewnie będzie za dużo denerwujących rzeczy. sonia draga wydała też kolejny atlas tego autora (tych autorów), „atlas historii ziemi”, który również nabyłem.
22. yuri lee „brokułowy cios”

artrage 2025
wydane w serii „fikcje”, tak jak niedawno czytana książka arka kowalika. to też zbiór opowiadań, nie wiem czy takie jest założenie serii czy to tylko zbieg okoliczności.
koreańskie opowiadania z akcją w korei, wszystkie raczej dziwne. dziwne w rozumieniu realizmu magicznego, surrealizmu. w pierwszym opowiadaniu kobieta zasadza roślinę w doniczce wypełnionej prochami zmarłego ojca, i tenże ojciec staje się tą rośliną (gada do niej, chodzą na spacery, do kina etc.). w ostatnim jest gadająca iguana. mniej więcej ten poziom dziwności, nie jest to fantasy. raczej nie jestem w stanie pokazać opowiadania, które się wyróżniło.
chyba pierwsza koreańska książka jaką czytałem? jak ktoś jest wkręcony w kulturę tamtejszą to pewnie może sobie dodać +1 do oceny, są te wszystkie znane w europie elementy kulturowe i kulinarne: k-pop, mukbangi, bibimbap itd. ja wkręcony nie jestem, korei za bardzo nie lubię i się nie ekscytuję, nawet pralki samsunga szybko się pozbyliśmy. chociaż koreańcy mają nawet jakieś natywne rasy świń.
zapłaciłem 17,55 na artrage, czy było warto? może tak, 3/5, raczej już nigdy do tego nie wrócę.
23. john scalzi „początkujący złoczyńca”

fabryka słów 2025
lubię scalziego, uważam go za bardzo solidnego rzemieślnika przy którym można się dobrze bawić, mocno niedocenianego. nie jest to lem czy dukaj, absolutnie nie ta półka, ale czasem świń jest już zmęczony poszukiwaniem trufli i potrzebuje czegoś lżejszego do czytania. a to jest częsty zarzut do scalziego, że jego pisanie nie jest tak wybitne jak innych. no pewnie tak, ale bardzo dobrze mi ten „starter villain” wszedł, bardzo mi się podobało, trafiło idealnie w moje potrzeby. jest to lekkie, zabawne, niefantastyczne, angażujące, dość krótkie (jeden dzień czytania) i nie ma żadnych scen z krzywdzonymi zwierzętami.
chociaż z tymi zwierzętami to nieoczywiste, jest dość abstrakcyjna scena kiedy związek zawodowy szpiegowskich inteligentynych delfinów organizuje strajk i wyzywają głównego bohatera, że jest „ropiejącą, burżuazyjną przetoką opresji”. bo delfiny wypracowały świadomość klasową, której koty z wydziału kotów szpiegowskich nie osiągnęły („koty są burżuazją, a oni proletariatem”). pod koniec książki delfiny śpiewają stare piosenki związkowe. widać że autor miał dużo zabawy jak to pisał. ja miałem dużo zabawy czytając.
13,48 zł na nexto to niezła cena, nie żałuję.
24. robert jackson bennett „the tainted cup”

del rey books 2024
w polsce wydane przez wydawnictwo mag w 2025 jako „zatruty kielich”, bez serii, o tak:

ta magowa to oryginalna okładka z paperbacku, na ebooka dali okładkę z hardcoveru. która ładniejsza? obie fatalne, nie?
książka wyłapała w tym roku, z ważniejszych: nagrodę hugo za najlepszą powieść i world fantasy award, nomkę do locusa, pewnie cośtam jeszcze wpadnie. słysząc że wygrała hugo to już chciałem ją skreślić, bo hugo obecnie jest konkursem wyróżniającym głównie dewiacje, mniejszości i pisanie dla ludzi, którzy wszędzie widzą opresję. ergo zobaczyłem że wygrało, popatrzyłem na tę różową magową okładkę + barwione brzegi i pomyślałem że to jakieś kolejne młodzieżowe wydziwianie. dopiero po czasie zobaczyłem jakieś recenzje na katedrze i w kilku innych miejscach. były, o dziwo, entuzjastyczne i to od ludzi, z którymi generalnie zgadzam się upodobaniami.
dlaczego kupione na amazonie, skoro jest polskie wydanie wydane przez polaków z polski? bo na amazonie kosztowało $2, a po polsku lata po min. ~35 zł (no teraz w blackweek ~32 zł). no to co tu dużo tłumaczyć. uznałem, że jakbym sobie nie poradził to kupię po polsku. ale nie kupiłem. tutaj ciekawa rzecz, bo po raz pierwszy czytałem na amazonowym kindlu oryginalną książkę kupioną na amazonowym sklepie – fajnie się czyta, są słowniki, jest tryb podkreślania trudnych słów, nawet przenosi słowa między linijkami.
„zatruty kielich” to kryminał fantasy, osadzony w bliżej nieokreślonym imperium typu starożytno-średniowiecznego (konie-miecze-proch). jest dwoje głównych bohaterów, śledcza ana i protagonista, jej pomocnik din, którzy rozpracowują nietypową śmierć oficera. otóż wyrosło z niego drzewo. ana jest czymś w rodzaju prokuratora, a din jest dla niej jednocześnie trochę adiutantem, asystentem, a trochę też chodzącym dyktafonem, skanerem i archiwum. ana wyraźnie zbliżona do sherlocka holmesa, dziwna i ekscentryczna. i klnie. świat przedstawiony jest faktycznie fantastyczny – imperium jest pod stałym zagrożeniem lewiatanów, odpieranych przez imperialny legion. z tychże potworów imperialni farmaceuci/biolodzy (apothetikals, nie wiem jak w polskiej wersji) pozyskują cudowności, które niektórym ludziom dają trochę nadprzyrodzone możliwości. nauka poszła mocno w botanikę i biologię, mniej technologię. np. są grzyby robiące za klimatyzację, trwałe ściany budowane z paproci, stróżujące winorośle. ludzie mają też wszczepy, biologiczne, np. ana potrafi czytać palcami, ktośtam potrafi widzieć w nocy, ma superwęch jak pies, din ma pamięć wręcz komputerową. chyba stąd czasem w recenzjach pojawia się biopunk, z czym się trochę zgadzam a trochę nie. typowej magii nie ma. przynajmniej na razie nie ma, mają być trzy tomy.
się podobało i polecam. co najmniej dobre. to bardziej kryminał/thriller w settingu fantastycznym, niż jakieś typowe fantasy, a przecież nie jest to aż tak oryginalny koncept – był detektyw garrett, w funky kovalu było, opowiadanie z wiedźmina, nawet w conanie były takie opowiadania. chyba po raz pierwszy widzę, jak ktoś taki fantastyczny kryminał robi dobrze, trzyma napięcie tam gdzie trzeba, wprowadza akcję odpowiednio, zasadnicza zagadka kryminalna składa się z podzagadek. zakończenie trochę jak z poirota. chętnie przeczytam drugi tom. początkowo – pierwsze może dwa rozdziały – nie czytało się tego jakoś łatwo, zdania bardzo długie i raczej skomplikowane, dużo słów i pojęć wymyślonych na potrzeby tego świata, często trzeba było czytać akapit po dwa razy żeby ogarnąć. ale po jakimś czasie idzie bardzo fajnie i nawet podobało mi się, że nie muszę się zastanawiać co tłumacz miał na myśli.
jak na razie chyba najfajniesza książka w tym roku, najlepiej się bawiłem.
25. jorge luis borges „fikcje”

państwowy instytut wydawniczy 2019
zbiór opowiadań, chociaż chyba bardziej prawidłowe byłoby: zbiór tekstów prozą. na początku są recenzje krytyczne nieistniejących książek, coś czego nie lubię i nie rozumiem. do tego chyba lem zrobił to lepiej.
takie były ochy achy w recenzjach, na grupkach na fb. a to jest w sumie niezłe, ale szoku poznawczego nie doznałem. najbardziej podobało mi się opowiadanie o bibliotekach:
(Wiem o pewnej niebezpiecznej okolicy, w której bibliotekarze odrzucają przesądny i próżny zwyczaj poszukiwania sensu w książkach i porównują go do zwyczaju poszukiwania sensu w snach czy w chaotycznych liniach ręki… Przyznają, iż wynalazcy pisma naśladowali dwadzieścia pięć naturalnych symboli, ale utrzymują, że ich zastosowanie jest przypadkowe i że książki same w sobie nic nie znaczą. Sąd ten, jak się przekonamy, nie jest całkiem błędny).
(…)
Wiemy również o innym przesądzie owych czasów: że istnieje Człowiek Księgi. W pewnej szafie pewnego sześcioboku (rozumowali ludzie) musi istnieć jakaś księga, która jest doskonałą esencją i kompendium wszystkich pozostałych: jakiś bibliotekarz ją przeczytał i podobny jest bogu. W języku tej okolicy przetrwały jeszcze pozostałości kultu tego odległego urzędnika.
(…)
Bezbożnicy utrzymują, że niedorzeczność jest normalna w Bibliotece i że sens (a nawet pokorna i zwyczajna spójność) jest niemal cudownym wyjątkiem.
26. joe abercrombie „ostrze”

mag 2019. to już miało wcześniejsze wydanie, wydawnictwa isa z 2008 roku, jako „samo ostrze” (tytuł to nawiązanie do cytatu z homera). miałem w papierze. nie dało się tego czytać, ze względu na zdupione tłumaczenie, tragedia to była, ale nie pamiętam co konkretnie mi nie pasowało. ostatecznie isa zdechła zanim udało im się wydać trzeci tom, więc cykl dokończył za nich mag. a później wydał ten cykl po raz kolejny, a później jeszcze raz. a później całą resztę. ja mam w tej ostatniej wersji, chociaż w ebookach to chyba bez różnicy.
to pierwsza książka abercrombiego, otwierająca trylogię „pierwsze prawo”. łącznie w tym uniwersum stworzył dwie trylogie, trzy osobne powieści i zbiór opowiadań. kolejność czytania, wg internetu, jest w kolejności publikowania. autor wyłapał za to fafnaście nominacji do locusa, gemmella i british fantasy award, i prawie nic nie wygrał. dopiero w tym roku wyszło coś nowego od niego, fantasy dla dorosłego czytelnika „diabły”, nowe uniwersum, nowe podejście, nowy abercrombie.
świat jest, powiedzmy, typowy. takie coś pomiędzy średniowieczem a renesansem, jest królestwo – taka typowa kontynentalna europa, są kraje północy, z typowymi barbarzyńcami w skórach (nie że dzikusy, tacy bardziej wikingowie), kraje południa to trochę jakby połączenie arabów i afryki. królestwo, które jest zasadniczym miejscem akcji, jest akurat w kryzysie, rządzone przez króla-marionetkę, faktycznie rządzą możni i cechy. jak się można domyślać, słabe królestwo jest podgryzane przez sąsiadów i rozkradane przez arystokrację, zapewne rozwinie się to w późniejszych tomach. i tom kończy się wojną z sąsiadami.
większość recenzji zwraca uwagę na świetnie rozrysowanych bohaterów, faktycznie coś w tym jest. akcję powieści widzimy z perspektywy trzech postaci, na zmianę w kolejnych fragmentach, jak w „pieśni lodu i ognia” czy „expanse”. jest logan dziewięciopalcy, weteran barbarzyńca, zmęczony już zabijaniem. jest sand dan glokta, kiedyś znany i poważany oficer i fechtmistrz, obecnie kaleki inkwizytor i wrak człowieka, niechcąco wplątany w politykę. trzeci to jezal dan luthar, młody arystokrata i bawidamek, kapitan w królewskiej armii, który ma wziać udział w turnieju szermierczym – wielkie wyróżnienie, wielka chwała – czego za bardzo nie chce. absolutnie wszyscy to raczej antybohaterowie, w ogóle świat o dość szarym podejściu do moralności. nie wiem, czy w powieści występuje taka typowo dobra postać, może z tych trzecioplanowych. i bardzo dobrze, takie heroic fantasy, jak u tolkiena, jest najczęściej dosyć jednak nudne. no tolkienowego podejścia tu nie ma, raczej mrocznie, brudno i cynicznie. chyba najciekawszy z trójki podstawowych postaci jest inkwizytor glokta, specjalista od wydobywania zeznań, tj. tortur.
15,90 zł na swiatksiazki.pl, zgromadziłem wszystkie 10 książek z uniwersum zanim zacząłem czytać, żebym później nie musiał się napinać, że chcę dalej a nie ma. no i jest to ciekawe, chcę dalej. nie jest to poziom np. wiedźmina czy malazańskiej, ale jako takie luźne do poczytania się sprawdza. na zachętę 4/5.
biblioteczka
miesiąc blackweekowo-targowy, więc promocji mnóstwo. cośtam pododawałem, ale raczej nie nowości – maraia (maraiego?), marqueza, „bóg zero jeden”, ostatni tom „psów pana”, „żądło” murraya dla żony, sullivana wznowienia, warufakisa. z ciekawszych rzeczy: „rosja. od rozpadu do faszystowskiej dyktatury. scenariusze przyszłości 2026-2036” marcina łuniewskiego, kupione od wydawnictwa prześwity z okazji promocji 11.11. takie rozważania nad przyszłością rosji i jej miejscem w europie. chwilowo trochę za ciężkie, ale pewnie w końcu się za to zabiorę, bo brzmi ciekawie i ma bardzo dobre recenzje. z ciężkich (ale jednak lekkich, bo jednak ebook) kupiliśmy „buddenbrooków” tomasza manna, żonę przekonuje saga rodzinna, mnie chyba nowe tłumaczenie (profesor jerzy koch, internetowo jako jerzyk.och), chyba pierwsze od dawna jego tłumaczenie z niemieckiego. prawdopodobnie jeden z droższych ebooków w zbiorach. i pokupowałem parę(naście) sztuk z amazona, tam zupełnie normalne książki latają w promkach po 2-3 dolary, to nawet gdyby miały poleżeć na stosiku to nie ma żalu.
co do amazona, to odkryłem coś takiego jak amazon originals. to są takie krótkie serie (5-8) opowiadań? mikropowowieści? nowelek? niepublikowanych gdzie indziej, połączonych wspólnym tematem, znanych i uznanych autorów, np. scalzi, andy weir, amor towles, jemisin, ruth ware, deaver, dean koontz. są różne tematy tych zbiorów, ja się skupiłem oczywiście na fantastyce – „the far reaches” i „forward„. ale są też kryminalne, szpiegowskie, wigilijne, romansowe, o dzikich zwierzętach, z silnymi postaciami kobiecymi, nawet seria poświęcona wyłącznie twórczości murzyńskiej. wszystko wyłącznie na kindla, w końcu wydawcą jest amazon. krótkie dość, 50-90 stron, kosztują od dolara do dwóch, czyli 4-8 zł. koncepcyjnie fajne, kupiłem kilka na testy.
rzadka sytuacja, ale z biblioteczki również ubyło. sytuacja na regałach była już krytyczna, ikeowski billy piszczał, nowe książki trzymałem na biurku obok drukarki. dlatego też z głębokim bólem pozbyłem się mojej „malazańskiej księgi poległych” i okolic. 11 tomów zwolniło z pół metra półki. oddałem koledze. a później wspólnymi siłami małżeńskimi dokonaliśmy przeglądu i selekcji, kolejne ok. 30 pozycji poszło do biblioteki jako dar społeczeństwa.
na targach tylko trzy pozycje, papierowe, wszystkie z wydawnictwa claroscuro: nowy lebiediew „biała pani”, bo po to w zasadzie przyszedłem. do zakupu „słońca martwych” iwana szmielowa przekonał mnie pan ze stoiska, swoją drogą otwarcie targów od 10.00, a on o 10.45 miał już tylko dwa egzemplarze, podobno świetnie się to sprzedaje. nie spodziewałem się takiego parcia współobywateli na postsowieckie książki sprzed stu lat. i wziąłem tomik pablo nerudy, „dwadzieścia wierszy o miłości i jedna pieśń rozpaczy”, cieniutki, to akurat wychodzi trochę drogo. akurat kupować od claroscuro mi nie żal, to w zasadzie jedyna opcja na kupienie ich książek, nie mają dystrybucji, nie mają ebooków.
dodatkowo z papieru 4 sztuki poświęcone mitologii słowiańskiej – jedna o welesie, jedna o perunie, dwie typowo badawczo-naukowe o wierzeniach i organizacjach rodzimowierczych.
chrumkanie
małżonka na black friday na amazonie nabyła sobie nowego kindla (moimi rękami). wysłużonego już nieco kindle 5 zastąpił kindle paperwhite 6, czyli powiedzmy coś jakby najnowszy. chyba się przyjęło, bo czyta namiętnie. ależ spokój w domu.
targi książki
co było lepiej:
- no organizacyjnie widać że popracowali przez ten rok. skanowanie kodów na biletach, mniejszy chaos przy wejściu na salę targową, a obsługa wydaje się nie być dziećmi. nawet była jakaś ochrona, też pełnoletnia. rok temu wejście było od 11, a spotkania na scenie odbywały się również od 11. ergo część autorów mówiła do pustych krzeseł, bo czytelnicy stali w kolejce przed wejściem. teraz ktoś pomyślał, był jakiś odstęp. nie trzeba było wymieniać biletów elektronicznych na papierowe, więc wejście na targi zajęło mi pięć sekund, żadnej kolejki. można było wymienić bilet jednodniowy na opaskę – żeby wchodzić i wychodzić z targów, na kawę czy gdziekolwiek – com uczynił, w sumie niepotrzebnie bo nie wracałem.
- nie wystawiało się w tym roku wydawnictwo niezwykłe, więc dużo dużo mniej młodzieży piszczącej i siedzącej gdzie popadnie, łatwiej wejść, łatwiej przejść etc. do tego wycieczki szkolne, przedszkolne, zakładowe, pokazy biblioteczne, wizytacje oficjeli i trójek robotniczo-chłopskich wszystkie zostały przestawione na piątek, pierwszy dzień targów. bardzo słusznie. oni i tak nie chcą tam być, a włażą pod nogi. ja bym tylko proponował jeszcze dołączyć do nich wszystkich influ z tym nagrywaniem setek przy każdym stoisku. a jeszcze lepiej dać ich na określoną godzinę, niech się kiszą we własnej zajebistości.
- bilety były tańsze. -20%. słusznie. wydaje mi się też, że rabat na stoiskach był wyższy niż w poprzednich latach, ergo książki tańsze (nie mam pewności, aż tak tego nie badałem).
co było gorzej:
- w zeszłym roku było (chyba organizowane przez dresslera) zbiorcze stanowisko z książkami np. maga, fabryki słów. teraz dresslera w ogóle nie było, więc ww stoiska też nie, tak jak ich wydawnictwa świat książki. co się wiąże z tym, że takiego stricte stoiska z fantastyką nie było wcale. w ogóle sporo mniej wystawców – brak czarnego, piwu, czytelnika, rebisu (żona zawsze kupowała tam kilka książek), muzy. również takie mniejsze wydawnictwa, np. mięta, nie przyjechały. nadrobili za to stoiskami z duperelami, jakimiś zakładkami, durnostojkami, breloczkami. za to stoiska gdzie rok temu sprzedawali skarpetki w dziki też nie było. przeniosło się na festiwal kawowy, gdzie było oblegane. dużo było stoisk z grami planszowymi, co nie wiem czy jest dobrym pomysłem.
- z informacji medialnych i też od jednego z wystawców, koszty organizacji stoiska są w zasadzie takie same jak na targach krakowskich. ale ludzi znacznie mniej. nastroje wystawców różne, np. książkowe klimaty zadowolone. widoczne jest łączenie stanowisk – np. wab miał stanowisko łączone z ww. książkowymi klimatami. a przecież to bardzo duże wydawnictwo.
- oczywiście stanowiska organizacji lokalnych są mnogie jak zawsze, bo wydatki na promocję można sobie wrzucić w budżet, a oni mają ponoć sporo niższe stawki za wystawienie – więc jest centrum korfantego, biblioteka publiczna, biblioteka śląska, muzeum śląskie, wydział łączności politechniki. ale już śląski klub fantastyki nie dał rady – instytucja niepubliczna, jeżeli faktycznie stawki są wysokie a utrzymują się ze składek, to rozumiem.
- w dalszym ciągu jest tak, że jak na stoisku autor daje autografy, to alejka jest w sumie nie do pokonania. ludzie prowadzą na targi małe dzieci – i to ok, nawet jeżeli kupują książki o minecrafcie – ale prowadzą też dzieci takie w wózkach i to już zupełnie nie ma sensu. były trzy-cztery miejsca spotkań/rozmów/prelekcji, na jednej nawet byłem, rozmowie z astronomem poświęconej światłu, fotonom i kwantom. aż byłem zaskoczony, że tak wiele osób przyszło. okazuje się, że optymizm nadmiarowy – ludzie po prostu chcieli gdzieś usiąść i akurat trafili na kwanty.
- porównanie z targami w krakowie: jest tam 4x tyle wystawców, o ile nie więcej. czarne, artrage, zysk, copernicusy, czuły barbarzyńca, ha!art, instytut książki, officyna, powergraph, pulp books, mag, ix, tajfuny, świat książki i ze trzydzieści innych ciekawych. w ogóle, są wydawnictwa z katowic, które pojechały do krakowa a lokalnie się nie wystawiały. dla katowic porównanie wypada tragicznie. lista wydarzeń na sobotę liczyła 13 stron, w katowicach jedną. te targi są co prawda dość krótko po sobie, ale jednak suabo. targi w łodzi też wyglądały lepiej, a opłaty za wstęp nie było.
- z drugiej strony, jak patrzę na zdjęcia z krakowa i czytam relacje, ta masa ludzi, ten tłum do tego stopnia że nie można podejść do stoisk, nigdzie nie można podejść bo to tłum niesie, ten ścisk, nawet tramwaje.. jakoś nie czuję żebym chciał tam być. a w katowicach nie było wcale przecież tak że to przechadzka po parku, według organizatora i tak było więcej ludzi niż rok wcześniej. pan powiedział rozsądną rzecz, z którą się zgadzam:
przy tej edycji targów nie było w Katowicach miłośniczek literatury Young Adult, nie było niezwykle popularnych autorek tego gatunku, których obecność oczywiście miała dotąd istotny wpływ na frekwencję. I to w pewnym sensie mnie ucieszyło, bo wiedziałem, że w końcu znowu wrócimy do właściwie sprofilowanej imprezy targowej. Już wielokrotnie dawałem wyraz temu, że nie jestem do końca przekonany, że dwa nurty powinny iść w parze na imprezach targowych, szczególnie organizowanych w obiektach o zbyt małej powierzchni. W Katowicach oddzielnie od dwóch lat organizujemy festiwal literatury młodzieżowej Young Adult i uważam, że to jest szczęśliwsza forma – odrębne wydarzenie dla miłośników tego typu nurtu literackiego
- też tak myślę, że lepiej zrobić osobne targi dla młodzieży/YA/NA/PCV/THC, a targi te listopadowe zostawić dla staruchów takich jak ja. te zbiory uczestników naprawdę wydają się rozłączne.
trendy
- poznałem obowiązujące trendy w literaturze. otóż: romantasy już jest przeszłością. młodzież nie chce czytać fantasy, nawet romansowego. teraz na topie są kowbojskie romanse. kojarzy mi się to głównie z filmem „brokeback mountain” o dwóch, że tak powiem, kolegach od siodła. ale w trendzie to raczej takie bardziej normalne rzeczy, widziałem banner z reklamą: „dziewczyno, oczekuj szalonego rodeo”.
jck po raz kolejny
- na razie wiadomo niewiele. na fb unia literacka i księgarze już zaczęli z zadowoleniem wzajemnie drapać się po siurkach, więc czuję że będzie źle. komentarze są bardzo różne, ale dopóki nie będzie projektu to ciężko jest powiedzieć coś konkretnego. na razie to nie wydaje mi się, żeby wydawcy jakoś mieli klaskać uszami na myśl o rabacie 45% dla dystrybutorów. duże sieci, jak sądzę, szybko wprowadzą opłaty za przechowywanie, promocję, pokazywanie etc., żeby sobie te ewentualne straty wyrównać. a ten fetysz małych księgarni mnie śmieszy.