raporty literkowe, biblioteczkowe, chrumkanie o ebookach i fantastyce

raport literkowy 2026.06-07

bida rozczarowanie zmęczenie

przeczytane

jest ten taki mem z gośćmi w barze (z tintina), gdzie jeden mówi: „co za tydzień, nie?”, a drugi odpowiada: „kapitanie, dopiero wtorek” albo coś w tym rodzaju, milion wersji istnieje. to ja bym dał: „co za rok” i głosy powinny odpowiedzieć, że dopiero lipiec.

plany wakacyjne były duże, również książkowe. doszło już do wstępnego rozeznania, które książki dostąpią wyboru (bo książki na wakacje rządzą się własnymi prawami, nie można tak byle co). no ale nie. choroby, odwołanie urlopu i wyjazdu, schizy, zakłady opiekuńcze, konkursy, stawy biodrowe, zmiana pracy, wypowiedzenie, pisanie, poprawki do pisania, redakcje do poprawek, korekty do redakcji, uzupełnienia do korekt, rzyganie poprawkami redakcjami i korektami, trauma prewydawnicza. potencjał intelektualny spadł mi do poziomu przeciętnego polityka koalicji, nic nie czytałem bo nawet bym sportu w gazecie nie zrozumiał. pierwszą wakacyjną książkę przeczytałem jakoś 22 lipca.

35/2026: matt dinniman „carl’s doomsday scenario”

dandy house, 2021

książka nieplanowana na wakacje, ale bardzo dobrze weszła. bardzo bardzo. to jest właśnie ten poziom czytania, jaki mój przeciążony zwiotczały świński mózg jest w stanie przyjąć.

jak widać, drugi tom przygód carla i donut w eksploracji lochu/gry. pierwszy tom czytałem w marcu. na ten moment tomów jest 8 i pewnie wszystkie przerobię. jak już kupię. na razie mam trzy. w polsce właśnie wyszedł drugi nakładem czarnej owcy („sądny dzień carla”), więc jestem równo z krajanami, nawet czytając w oryginale po anglijsku.

te polskie okładki wzięte od penguina są naprawdę fajne i lepiej wyglądają. ale ja mam ebooki od autora, te co on sam na amazonie sprzedaje, nie od wydawnictwa.

więcej tego samego, czyli bosy gość w bokserkach w serduszka walczy z kosmicznym kapitalizmem razem ze swoim gadającym kotem.

carl i donut chodzą po świecie, wbijają poziomy, stają się supergwiazdami programu i tak dalej. wybierają rasę i klasę postaci, no jak to w (lit)rpg bywa. to akurat czytałem z ciekawością, bo sam potrafię grając spędzić godzinę nad rozważaniami co wybrać. a tutaj i ras jest dużo więcej i klas. i to jakich, np. kierowca monster trucków, nek-kot-manta, kurier strzelbowy, partyzant, origamista (w polskich tłumaczeniach pewnie to wszystko inaczej lata). no takich klas to w diablo nie było.

nie ma tu wiele do opisania, jest to samo co w pierwszym tomie, tylko jakoś tak lepiej i spójniej. do drużyny dołącza nowa osoba, katia grim. w założeniach chwilowo, ale tak czuć, że to pewnie na kilka książek będzie.

fajnie sobie autor wykoncypował sposób narracji, gdzie na każdym kolejnym poziomie odkrywa się coraz więcej elementów gry – tutaj mamy trzeci poziom, więc pojawiają się questy (powiedzmy: misje/zadania fabularne). jest powiedziane, że tu nie można iść, bo to na poziomie szóstym, to nie ma znaczenia, bo pojawia się na poziomie czwartym – i tak dalej. chłop nie wrzucił wszystkiego naraz, to by było naprawdę przytłaczające, tylko tak dawkuje. o ile pierwszy tom mnie trochę zmęczył, bo to już było w kółko to samo, to drugi tom jest lepiej zrobiony (również sporo krótszy). machnąłem książkę w zasadzie w jeden dzień, pomiędzy redakcjami a korektami.


36/2026: matt dinniman „the dungeon anarchist’s cookbook”

dandy house, 2021

naprawdę, te książki są lepsze niż okładki. ale na okładce: mantaur, czyli taka odmiana minotaura, jakby pół człowiek i pół człowiek. jedno dolne pół i dwa razy górne pół. dwie nogi cztery ręce.

trzeci tom cyklu, żeby wyprzedzić polskie wydania. tytuł to dosłownie: „lochowa anarchistyczna książka kucharska”, ale cookbook ma też znaczenie zbioru rozwiązań, sposobów wytworzenia, coś takiego. w książkach informatycznych to się tłumaczy 'receptury’. no nawiązanie oczywiste do „anarchist cookbook”, to taki samizdat dla anarcholi jak robić bomby, świece dymne, konspirować przeciwko systemowi etc., lata po internecie, nic nadzwyczajnie ciekawego. carl wygrywa książkę – tu już „dungeon anarchist cookbook”, czyli „receptury lochowego anarchisty” w kole fortuny, trochę się z tego śmieją bo to ma być autentycznie książka kucharska. oczywiście nie jest, to zapis doświadczeń uczestników poprzednich edycji, dzięki czemu carl znowu wielu rzeczy się dowiaduje. wydaje mi się, że autor musiał przekazać jakąś ekspozycję jak działa świat, a możliwości ma ograniczone. carl jest inteligentny, ale to by było cokolwiek dziwne jakby wszystko wiedział i wpadał na wszystkie pomysły sam, więc ma takiego mentora (mordecai, menedżer zespołu), wsparcie z zewnątrz (odette i sponsorzy), teraz książka. z tego co wiem, będzie tego więcej.

bardzo skomplikowany świat. rozumiem, że autor chciał coś zmienić, żeby nie było tak jak wcześniej, bo nuda etc., ale chyba za dużo trochę. zamiast tzw. otwartego świata, są perony kolejowe, tunele kolejowe, tory kolejowe i masa pociągów pomiędzy nimi. tysiące peronów, tysiące pociągów. i ogarnianie transportu to 75% książki. przy jakimś 10% już przestałem łapać jaki pociąg jest jaki, gdzie prowadzi i po co w zasadzie oni wsiadają akurat do tego. żeby nie było, autor solennie uprzedził we wstępie, że tak może być i to nie ma za dużego znaczenia. druga rzecz, że ta kulminacja, to kluczowe starcie, powinno być jednak jedno. tutaj były chyba cztery? jak dla mnie, najsłabsza do tej pory część cyklu.

jakoś tak mam, że najbardziej w takich książkach, nie tylko powiedzmy przygodowych, lubię nie bohaterów pierwszoplanowych, tylko takich dalszych. drugi-trzeci plan. i tu jest pierwsza książka, gdzie pojawia się (na razie krótko) faworyt fanów i chyba też mój – prepotente. prepotente to pochodzący z włoch (prepotente lorenzo de la rosa) kozioł rasy burskiej. jeżeli ktoś nie zna ras kóz, to są te kozy co są zawsze uśmiechnięte.

prepotente wchodzi do gry jako zwierzę towarzyszące (nie ma po polsku dobrego odpowiednika, „pet” w oryginale), a nie gracz. czyli dokładnie tak jak donut, kotka carla, postać całkowicie pierwszoplanowa. i tak jak donut zostaje przemieniony w gracza, humanoida, samoświadomego, bardzo inteligentnego. dalej kozła (kiedy ma możliwość wyboru rasy, to wybiera 'caprid’, czyli rasę kosmicznych kozłów), ale chodzącego na dwóch nogach i to jeszcze potrafiącego czarować.

btw: w polskiej wersji ponoć tłumaczą imiona, więc donut w polskich książkach to księżniczka pączuś. no nie wiem.

wydaje mi się, że widzę co tu robi autor. pierwszy tom to były zaczyny, opis mechaniki, zasad gry, ale także gromadzenie sprzętu. drugi tom (połowę krótszy niż pierwszy i trzeci) to wprowadzenie kilku założeń o świecie (np. menedżer, wsparcie widzów) i trochę interludium. trzeci tom to już całkowite budowanie relacji carla z innymi graczami, rozbudowana współpraca, koordynacja pomiędzy drużynami. carl zamiast dbać o siebie, przejmuje się tym, żeby jak najwięcej ludzi przeżyło. trochę buduje armię, nawet ma już liderów – może nie generałów, ale takich poruczników to tak. spodziewam się w którejś kolejnej książce jakiejś masowej walki crawlerów z przeciwnikami, drużynowo. mamy pewne sugestie, że na kolejnych poziomach będzie system gildii, więc spodziewam się że do takiego starcia g vs g dojdzie.

książka słabsza, ale nie jest zła. no i trochę się wciągnąłem. chcę przeczytać więcej. no i teraz pytanie co robić – bo kupiłem tylko pierwsze trzy, co nie znaczy, że nie mam pozostałych. i co? dzień po skończeniu tego tomu amazon zrobił promocję, tom 4 i tom 7 po $1.04. no i to rozumiem. zostają mi jeszcze 5, 6 i 8. w razie czego, mam wersje, nazwijmy to, niesprzedażowe.

a autor ogłosił, że pisze właśnie 10 tom.


37/2026: roger-pol droit „alicja w krainie idei”

znak koncept, 2026

okładka ai, do czego wydawnictwo wprost przyznaje się na stronie redakcyjnej. i to chyba najfajniejsza okładka ze wszystkich wydań, przynajmniej z tych na goodreads.

ze zmęczenia w ogóle nie zauważyłem, że to książka wydana w 2026 i powinienem to czytać w przyszłym roku, żeby dalej trzymać się konceptu jednolitocenowego ustawoksiążkowego. no ale jak już przeczytałem to nic nie zrobię. zresztą pisałem, że daję sobie jednego jokera. trochę lipa wykorzystać go bezwiednie, ale trudno.

jeżeli komuś się tytuł kojarzy ze „światem zofii”, to jest to skojarzenie słuszne. bohaterka to co prawda alicja, na cześć alicji w krainie czarów, ale koncept jest taki sam – autor opisuje idee filozoficzne. nie ma w ogóle fabuły. alicja spotyka sokratesa, platona arystotelesa, diogenesa, epikura, marka aureliusza. nawet buddę spotyka. z takich bardziej współczesnych to rozmawia z nietzschem, heglem, marksem. i się uczy od nich, wyjaśniają jej założenia (no takie pojedyncze podstawy podstaw) swoich filozofii, no spoko. dlaczego ona z nimi rozmawia? bo chce znaleźć jakąś inspirującą myśl do wytatuowania sobie na przedramieniu. ehm, czo?

co jest nie spoko, to dziwaczny infantylizm książki. z alicją podróżują myszki, wróżki, kangur jakiś, nie bardzo to widzę. w platońskiej jaskini śpiewają myszki, myszka mądra i myszka szalona. z blurba nie wydawało się, żeby to była książka dla dzieci. do tego te próby syntezy myśli filozoficznych nie są w sumie tak bardzo spłycone, żeby dziecko było w stanie to ogarnąć (być może nie doceniam poziomu). to znaczy są ekstremalnie spłycone, bo przedstawiana jest zawsze jedna. a już wspomnienia o takich zawodnikach jak sektus empiryk to chyba już mocno na wyrost. nie wiem dla kogo ta książka. dla kogoś, co to już czytał coś w temacie, jest to zdecydowanie za mało i z niepotrzebnymi ornamentami, ta baśniowość jest tu zdecydowanie zbędna. nawet dla młodzieży to się nie za bardzo klei, bo temat poważny, ale te myszki etc. to przecież niepoważne. do tego książka trochę łączy pewne myśli, które nie do końca powinny być łączone, a właśnie pokazane przez różnice – np. filozofię indyjską i buddyzm. alicja ma też dość irytującą cechę wkurwiania się na czyjeś poglądy, ponieważ nie pasują do jej własnych, współczesnych poglądów, np. nie lubi arystotelesa, bo w antycznej grecji kobiety nie mogły głosować. nie żeby coś, ale we francji (autor jest francuzem) takie prawo dostały dopiero w 1945 roku.

raczej może się spodobać komuś, kto chce bez wielkiego studiowania, w swoim tempie i w przytulnej, radosnej, myszkowej atmosferze poznać absolutne podstawy podstaw poglądów najbardziej znanych filozofów. w pewnym momencie to już przewijałem fragmenty i skupiałem się na pojedynczych podrozdziałach. lepiej by chyba było zrobić jakiś leksykon, jakieś „podstawy filozofii i etyki dla gimnazjalistów”, nie wiem. no okejki nie będzie, strata czasu.

biblioteczka

virtualo boli głowa

coś się misiom z virtualo popsuło. otóż 3 czerwca wieczorem duża liczba książek co niektórych wydawnictw była dostępna po 5 zł/szt. mowa tutaj o wydawnictwach np. prześwity, mt biznes (to w zasadzie to samo), napoleon v. generalnie te książki są drogie, może nawet bardzo. a tutaj po piątaku. na twitterze prześwity napisały, że to pomyłka, miało być -5% a nie 5zł, komuś się w złej pozycji na formularzu kliknęło. czyli nie chcieli tak – no trudno, w sumie to nie wiedziałem. więc kupiłem 30 książek. no przecież taniej nie będzie.

słowo o prześwitach: to jest imprint wydawnictwa mt biznes, które ma takich imprintów wiele. samo mt biznes to rzeczy, zgodnie z nazwą, biznesowe: zarządzanie, przywództwo, liderstwo, firemstwo i takie tam. dużo ciekawsze są prześwity właśnie, czyli książki geopolityczne. miałem już kilka i od lat obiecuję sobie, że się za to wezmę, ale też tak ładnie mi w tym roku idzie czytanie beletrystyki, że jakoś mnie to hamuje.

bookpass za czerwiec

wyjątkowo wcześnie mi przysłali, 25 czerwca. dość intrygujące propozycje:

„blade runner” philipa dicka – no wiadomo o co chodzi, klasyk wszystkim znany. kupiłem dawno temu, pod starym tytułem.

„krótki pobyt w piekle” stevena l. pecka – waaat. pierwsze słyszę. wydawnictwo muza, 120 stron.

Soren Johansson był zwykłym człowiekiem. Mężem, ojcem, mormonem, który wierzył, że po śmierci spotka swoich bliskich w wiecznym raju.

Potem umarł.

I obudził się w bibliotece.

Nie w piekle z ognia i siarki — w czymś znacznie gorszym. W nieskończonych korytarzach wypełnionych każdą książką, jaka kiedykolwiek mogła powstać. Każdą kombinacją każdej litery, każdego słowa, każdego zdania. Większość to bezładny szum. Ale gdzieś pośród miliardów tomów — więcej niż atomów w poznanym wszechświecie — istnieje jedna jedyna księga. Dokładna, prawdziwa, litera po literze, historia życia Sorena.
Zasada jest prosta: znajdź ją, a zostaniesz uwolniony.
Jak w miejscu zawierającym wszystkie możliwe książki odnaleźć tę jedną, która jest twoja?

czo się tu dzieje, wow. muza? przecież muza wydaje bondę, rodzinę monet i zafona, a nie jakieś fantastyki horrorowe (z fantastyki to u nich tolkien, andy weir i dziesięć ton romantasy). z jednej strony czuję piniondz, z drugiej strony czuję dziwaczność. ale to może być ta sama strona, często jest. książka z 2011 roku, mocno filozoficzna, oceny na goodreads bardzo dobre.

„kolory sztandarów. schwytany w światła” tomasza kołodziejczaka – wznowienie fabryki słów, dwa pierwsze tomy cyklu „dominium solarne”. fabryka wydała już kiedyś również trzeci tom, „głowobójcy”. nie wiem czy będzie jakiś kolejny tom i to wrzucą w kolejnym omnibusie razem, czy jaki tam jest plan. ale te dwa tomy już czytałem ileś lat temu i raczej nie tęsknię, więc to raczej mniej przekonywujące. aaale miałem to w papierze i chyba mię zaginęło, więc gdybym chciał do tego wrócić (i przeczytać trzeci tom, może czwarty o ile jest planowany), to opcja by była.

z opisu dużo ciekawszym jest to drugie, o książkach. więc pewnie powinienem wybrać tę pozycję właśnie. z drugiej strony, racjonalnym merkantylnie izraelicko wyborem byłoby wzięcie kołodziejczaka (drogi dość), a to od muzy zwyczajnie można kupić, jest raczej tanie. i tak zrobiłem, bo w lipcu promka.

bookpass za lipiec

wszystkie trzy propozycje mi nie pasują. przeklejam z maila:

John Elliot, „A jak Andromeda”


Czy ciekawość jest wadą czy zaletą? 😉 Wyobraź sobie, że jesteś naukowcem. Pewnego dnia odbierasz sygnał z odległej galaktyki Andromedy, a po jego odszyfrowaniu okazuje się, że to instrukcja do budowy superkomputera, który z kolei dostarcza kolejnych wskazówek – tym razem do stworzenia żywego organizmu. No i tu wracam do mojego pytania: czy ciekawość – nawet ta napędzana chęcią rozwoju nauki – to wada czy zaleta? 😉 Zbudowałbyś ten komputer, a potem poszedł dalej za instrukcjami? Dokąd może prowadzić ślepa ciekawość? Przyznam, że ten pomysł inwazji obcych (i nie, nie zamierzam Ci zdradzać, co zrobili naukowcy w książce ;)) wydał mi się bardzo ciekawy – a sama książka z 1962 roku, wydana dopiero teraz w serii „Wehikuł czasu” pokazuje, że klasyka fantastyki wciąż potrafi wciągnąć.

Jacqueline Harpman, „Ja, która nie poznałam mężczyzn”


To tytuł, o który trwa recenzyjna wojna – wystarczy zerknąć na oceny na Lubimy czytać 😉 Ponad 500 opinii i rozbieżne, jak rzadko – są absolutne zachwyty, są i głosy rozczarowania, że jak to tak. A wszystkiemu winne otwarte zakończenie – no bo jak to zostawiać tak czytelnika totalnie bez opowiedzi, skąd ten świat, dlaczego i niczego nie wyjaśnić 😉 Jeśli więc lubisz, kiedy kończąc lekturę, kończysz też opowieść, to pewnie to nie jest tytuł dla Ciebie. Ale jeśli dopuszczasz, że po skończeniu książki masz mnóstwo pytań i myślisz o niej (nawet, jeśli Cię wkurza) – to Harpman może być dobrym wyborem. Pomysł fabularny jest świetny – oto dystopijny świat, w którym 39 kobiet i jedna dziewczynka, dziś już kobieta, zostały uwięzione pod ziemią. Jak się tam znalazły, czemu pilnują ich uzbrojeni strażnicy, którzy nie odzywają się do nich ani słowem, jak wygląda świat na zewnątrz? I co takiego się wydarzyło, że pewnego dnia nagle rozlega się alarm, otwierają się kraty i strażnicy znikają? Jak nagle odnaleźć się w totalnie nieznanym świecie?

John Scalzi, „Serny glob”

A gdyby tak pewnego dnia Księżyc zamienił się… w ser? Przyznam, że ten pomysł wydał mi się tak totalnie absurdalny (a naprawdę uważam, że fantastyka przyjmie dużo absurdu), że aż poszłam sprawdzać, co ludzie piszą 😉 No i czytam, że śmieszne, ożywcze, przyjemnie się czyta, że sporo w tej powieści społecznej satyry – może więc akurat takiej fantastki Ci trzeba na czas wakacji? 😉

pierwsze to znowu skansen, znowu seria „wehikuł czasu” od rebisu. harpman wydało artrage i to było wielkim hitem, ale rok temu. było na tyle wielkim hitem, że kupiłem. artrage co prawda wydało dwa tygodnie temu wersję kolekcjonerską (bardzo ładną), ale ebook jest dalej ten sam. kolekcjonerki papierowej nie kupiłem, a mieć dwa identyczne ebooki to raczej nie ma sensu. scalziego bardzo lubię, ale tę akurat książkę mam, kupiłem na amazonie za grosze.

więc znowu pozostaje mi wybrać coś czego w ogóle nie chcę i w ogóle mnie nie interesuje. chyba trzeci raz już.

inne

kupiłem w promce wzmiankowaną „alicję w krainie idei”. poza tym to pojedyncze rzeczy – kryminały chandlera (z karakteru) i ałbeny grabowskiej dla żony, fantasy/sf dla świnia. reynolds i islington byli w promocji na świecieksiążki, więc kupiłem. była tanio „wojna niepamięci”, na którą byłem napalony (piszę o tym dalej, swoją drogą ogłosili wydanie w maju, wydali w czerwcu, już w lipcu latało po ~20 zł). wziąłem też w promo kryminały ziemowita szczerka, „cham z kulą w głowie” i „baciary z piekła rodem”. może być dobry pomysł na coś lżejszego i odstęp od fantastyki. artrage wrzuciło na promocję „wypuścić diabły” za 9,99 zł (a to książka z czerwca). czytałem na twitterze dyskusje o rozpadzie pisu i kilka osób cytowało „akwarium” sołżenicycna, uświadomiłem sobie że nie czytałem, a tanio było, to kupiłem. plus z historii trzeci tom (dziewiąty, ale wyszły dopiero trzy) pocztu władców polski od piwu: „bolesław kędzierzawy”.

chrumkanie

za dużo nie śledziłem, to i chrumkać nie ma o czym. wzmaga się debata o ustawie o książce/ochronie rynku książki, nawet uokik wydał jakąś negatywną opinię. ale że ani projektu nie ogłoszono ani tej opinii nawet nie ujawniono pospólstwu, to chyba nie ma o czym pisać.

rynek wydawniczy i księgarski w polsce

polityka insight opublikowała raport o tytule jw. ładna kompilacja, przejrzysta, czytelna, dużo danych. co warto zaznaczyć świniowi z przyszłości:

  • s. 29 porównanie modeli fra/ger/pol: według tego w polskim modelu ebooki nie wchodzą w jck, audiobooki i streamingi też nie.
  • s. 7 w polsce łączny udział e-booków i audiobooków szacuje się na 16 proc. przychodów wydawców, a same audiobooki na ok. 8 proc. rynku
  • s. 12 w usa 69% sprzedawanych ebooków kanibalizuje rynek papieru.

250 lat, topka

polska fundacja fantastyki naukowej w ramach obchodów 250 polskiej fantastyki zrobiła plebiscyt na najlepsze polskie powieści sf. przeklejam szortlistę:

  • „Limes Inferior”, Janusz Zajdel – 15,56%
  • „Solaris”, Stanisław Lem – 13,84%
  • „Niezwyciężony”, Stanisław Lem – 9,04%
  • „Lód”, Jacek Dukaj – 7,21%
  • „Paradyzja”, Janusz Zajdel – 5,49%
  • „Cyberiada i Bajki Robotów”, Stanisław Lem – 3,32%
  • „Robot”, Adam Wiśniewski-Snerg – 3,20%
  • „Perfekcyjna niedoskonałość”, Jacek Dukaj – 2,97%
  • „Powrót z gwiazd”, Stanisław Lem – 2,40%
  • „Trylogia Księżycowa”, Jerzy Żuławski – 2,40%
  • „Dzienniki gwiazdowe”, Stanisław Lem – 2,29%
  • „Kongres Futurologiczny”, Stanisław Lem – 1,95%
  • „Fiasko”, Stanisław Lem – 1,83%
  • „Cylinder van Troffa”, Janusz Zajdel – 1,60%
  • „Eden”, Stanisław Lem -1,37%
  • „Głos Pana”, Stanisław Lem – 1,37%
  • „Opowieści o pilocie Pirxie”, Stanisław Lem – 1,26%
  • „Golem XIV”, Stanisław Lem – 1,14%
  • „Lagrange. Listy z Ziemi”, Istvan Vizvary -1,14%
  • „Głowa Kasandry”, Marek Baraniecki – 1,03%
  • „Gamedec”, Marcin Przybyłek – 1,03%
  • „Czarne Oceany”, Jacek Dukaj – 0,80%
  • „Apostezjon”, Edmund Wnuk-Lipiński – 0,69%
  • „Kameleon”, Rafał Kosik – 0,69%
  • „Katedra”, Jacek Dukaj – 0,57%

o dziwo, w zasadzie się nawet zgadzam. no nie ze wszystkim, wiadomo – „trylogia księżycowa” żuławskiego czy „robot”, to jednak wydają mi się trochę ponad to zestawienie, przy kosiku czy przybyłku to trochę parsknąłem po świńsku. za to co widać: polskie sf to w zasadzie trzy nazwiska: zajdel (~22%), lem (~40%) i dukaj (~11%). najwięcej wskazań otrzymało limes inferior, ja bym pewnie dał jednak solaris, ale tak czy inaczej uważam że dobra lista.

qntm

pisałem przed chwilą, że wydawnictwo muza wydaje kryminały i inne murakamie na kiju, a nie fantastykę, a tu proszę – dla mnie wydarzenie półrocza. ogłosili wydanie (w czerwcu) i wydali (w lipcu) „there is no antimemetics division” pana qntma (w cywilu sam hughes, pseudo qntm). gość opublikował kiedyś taką powieść w odcinkach w internecie i spotkało się to z gigantycznym zainteresowaniem, są nawet na yt fanowskie seriale. później to zebrał, przepisał, przeredagował i wydał tak cokolwiek profesjonalnie. i żeby nie kosztowało ze $25 to pewnie już dawno bym kupił, a tu proszę – polskie wydanie. co prawda pod tytułem „wojna niepamięci” (co jest bez sensu, akurat tytuł oryginału „nie ma wydziału antymemetyki” jest dość istotny), ale niech będzie, i tak jaram się i kupię na pewno.

nowe legimi

ten cały novelist, czyli alternatywa dla legimi powołana przez pdw, już powoli wystawia czułki, ale na razie prawie nic nie wiadomo. jeżeli faktycznie ma być tylko na androida i ios, to nie wróżę przyszłości. chyba że zaczną też sprzedawać czytniki, to kto wie.

keigo higashino

niedawno wszystkich cisnąłem, żeby to czytać, bo ponoć takie niesamowite kryminały, mistrzowskie, nowatorskie, fajne, same zachwyty. i co? nikt nie przeczytał, a chłop wziął i umarł, i teraz za późno.

booksmaxxing

no kto by pomyślał:

W ostatnich tygodniach coraz częściej przewija się w mediach termin booksmaxxingu. To trend, w którym książki przestają być wyłącznie źródłem wiedzy, emocji i rozrywki, a stają się również elementem kreacji własnej internetowej tożsamości.

W praktyce booksmaxxing oznacza otaczanie się książkami, wyznaczanie ambitnych celów czytelniczych, prowadzenie statystyk, dokumentowanie przeczytanych tytułów i budowanie wizerunku osoby oczytanej. Czasem jest to autentyczna pasja. Czasem element internetowej autoprezentacji. A najczęściej pewnie jedno i drugie.

na tym kończę.