Po równo miesiącu pracy mam przemyślenia następujące, nawet jeśli chaotyczne:
- Różnica pomiędzy pracą gdzie ma się kilkanaście tysięcy spraw, ale bez nadanego terminu, a pracą gdzie ma się naraz dziesięć spraw, ale terminowych, jest trudna do opisania. Również poziom stresu rośnie wykładniczo.
- Robię więcej notatek niż w szkole, co jest dziwne.
- Każda sprawa wymaga przeczytania dwukrotnego. Czytanie wstępne, przedczytanie to takie zapoznanko, jaksięmasz mon cheri, poznajemy osoby dramatu i główny wątek, ale też sprawdzamy formalizmy, terminy, umocowanie. Żeby nic nie zaskoczyło przy czytaniu i postczytaniu. I tutaj wstępne notatki – kto co i za ile. Przedczytanie jest potrzebne do wykonania listy kontrolnej. Drugie, zasadnicze, to już czytanie głębokie, po kolei akta. Trwa tyle ile potrzeba, zależy od objętości akt. I tu wynotowywanie na potrzeby rozstrzygnięcia. Czytanie drugie może być wielokrotne, do skutku. Potencjalnie możliwe, acz niekonieczne, jest postczytanie (może jednak jest tu jakieś pół słowa, które obroni to co wymyśliłem), międzyczytanie (z domyślaniem się spomiędzy wierszy) i czytanie z dodawaniem (okoliczności powstania, intencji autora i argumentów).
- Po aktach nie można pisać, wiadomo. Zatem żółte karteczki są niezbędne. Bardziej niż niezbędne. Mam kilka rodzajów, niekoniecznie żółtych, są np. transparentne. A technologia idzie dalej, są np. takie bezklejowe, elektrostatyczne. Trzymają się sprawy niewidzialną siłą. Znaczniki indeksowe też są niezbędne. Papierowe i plastikowe się nie gryzą, a koegzystują, każde ma swoje zadanie i zastosowanie. W ogóle zacząłem doceniać wszystkie te takie akcesoria biurowe, organizery do trzymania teczek z aktami, klipsy co to się akta przez nie nie zamykają, znaczniki na rolce etc. Jak ktoś jest zainteresowany, to najlepsze fanty w tym najbardziej polskim parametrze cena/jakość są w action.
- Gdyby za czasów mojej podstawówki były takie długopisy jak dzisiaj, to pewnie moje życie byłoby szczęśliwsze, bo bym się tak nie męczył. Świat długopisów jest ciekawy, a niezmierzony. Natomiast nie wszystkie są równe. Metalowe są lepsze niż plastikowe. Cięższe lepsze niż lekkie. Automatyczne są lepsze niż takie ze skuwką. Z klipsem lepsze niż bez klipsa. Należy mieć co najmniej trzy sztuki. Dobry długopis można kupić już za ~3 zł. Zły długopis można kupić nawet za 50 zł. Są całe fankluby poszczególnych marek. A już lepiej nie wchodzić na temat wkładów. Takim energelem pisze się aksamitnie płynnie, gładziutko i bezwysiłkowo, satysfakcjonujacą czarną linią. Cała moja kolekcja piór wiecznych jest psu na budę, bo mogę je wykorzystać tylko do podpisów. Czyli nie za często. Króluje parker jotter, prawie na każdym biurku.
- Słuchanie radia w pracy to niezbywalne publiczne prawo podmiotowe i nie rozumiem jak ludzie się bez tego obywają. Oczywiście nie mówię o jakichś eremefach z reklamami podpasek i złotychprzebojach na kiju. Podstawowe narzędzia pracy to https://somafm.com/listen/, https://radioparadise.com/ albo https://chillout.nordichilloutradio.com/. Fajne tło do pracy, bez reklam, bez rozpraszających rzeczy. Poletzam. Soma najlepsza, znam i słucham od lat.
- Tematy, które w jednej pracy są proste i oczywiste, w drugiej potrafią być przedmiotem niebywałego narzekania i emocjonalnych uniesień, np. jakaś archiwizacja, traktowana jakby mieli jechać bydlęcym wagonem do auschwitz z tymi aktami.
- Naprawdę nie każdy temat wymaga zgłębiania do siedmiu pokoleń wstecz, tworzenia filozofii i doktoryzowania się. Czasem się dziwię, że coś co możnaby napisać w godzinę zajmuje trzy dni. A jak już tak się robi, to już by można przynajmniej nie narzekać, że mało czasu na wszystko. No ale może to takie moje początkowe wrażenia.
- Nie wszystko trzeba wiedzieć. Są ludzie, całkiem doceniani, którzy łażeniem po kolegach i pytaniem jak co załatwić zrobili karierę.
- Generalnie jak odchodzisz z jednej roboty, która była przez wszystkich nazywana Mordorem, z powodu zarządu, to rozsądnym jest, by ta następna nie była nazywana Mordorem, nawet jeżeli powód jest inny. Otóż w Mordorze nikt nie chce pracować, dlatego np. był konkurs zewnętrzny a nie wewnętrzny. Teraz już będę wiedział. Gdybym pisał książkę o własnej karierze, to dałbym tytuł „Z Mordoru do Mordoru”. A na razie to mi się kojarzy przysłowie o trafieniu z deszczu-kapuśniaczka pod siedemdziesiąt rynien jednocześnie.
- W życiu bym nie pomyślał, że roku pańskiego bieżącego w organizacji może panować taka bieda, taniość i atmosfera oszczędzania. Jak pierwszego dnia dostałem nowy tusz do stempli to autentycznie ludzie przyszli go obejrzeć. Dostałem do służbowego wykorzystania dwa długopisy. Oba nie piszą. Mam swoje. Zaznaczam, że zwykły BIC Cristal kosztuje w detalu jakieś 80 groszy, a jest niepomiernie lepszy od tej leśnej symbiozy, którą wydaje magazyn. Koncepcja, by przynieść coś swojego – z domu, jak to się mówi – żeby podnieść chociaż minimalnie ergonomię miejsca pracy, jest dla większości nie do przejścia. Wydanie dosłownie paru złotych na jakiś fant, którego będę używał w pracy i nie zgrzytał zębami, nie mieści się ludziom w głowach. Jednocześnie działają dwa cateringi i po odbiór żarcia stoi się w kolejce nawet i 15 minut, więc chętni są, widać kasa jest. W prawie każdym pokoju jest ekspres do kawy, prywatny oczywiście.
- Przy wprowadzeniu odpowiedniego omiernikowania jakości i wydajności pracy to ludziom się coś przestawia w głowach.
- Ludzie boją się nawet iść na to piętro gdzie urzęduje najjaśniejszy. A jak już muszą iść do niego, to np. myją zęby i jedzą miętowki. Na razie moje sprawy nie wymagają kontaktu z górą (technicznie: dołem, najjaśniejsi są na drugim piętrze, jam powyżej jako ta czerń), ale na wszelki wypadek miętówki zakupiłem.
- Nie wiem jak to jest, że tak wymagająca zorganizowania praca wydaje się być wręcz niezorganizowana. Jest tyle narzędzi, z których wykorzystujemy zero. To już bym sobie na miejscu kierasa kanban żółtymi karteczkami na ścianie zrobił. Oczywiście na własne potrzeby mam nielegalny kanban do przydzielonych mi spraw. Jak ktoś nie wie o czym piszę to proszę obejrzeć obrazki.
- Czas podróży do pracy w postaci paru minut szybszym spacerem jest nieludzki. Nie muszę wyjść z domu o 6.30, bo i tak zdążę, przecież autobus mi nie odjedzie. Jako że nie jem śniadania w domu tylko na koszt pracodawcy, to w zasadzie mógłbym wstawać 15 min przed wyjściem. Nawet nie ma sensu zakładać słuchawek, bo i tak nie daję rady przesłuchać całej piosenki. O książkach to już w ogóle nie mówię.
- Na co niektórych piętrach są lodówki. W lodówkach ludzie trzymają paszę. Lodówka na poziomie 700 jest, jak uważam, lepiej zaopatrzona niż jakakolwiek żabka jaką widziałem. No zapałki się nie wciśnie.
- Ewidentnie ludzie mają dysonans poznawczy co do świeżaka po czterdziestce. Do tego świeżaka, ale jakby z doświadczeniem w branży, więc coś jest nie tak. Czasami ktoś próbuje dopuścić mnie do tajemnej wiedzy. Zabawne bywa to przerażenie w oczach, kiedy odpowiadam że przecież to o czym mówi z takim obrzydzeniem robiłem codziennie przez piętnaście lat.
- Zjawisko kija w dupie występuje na wyższym poziomie niż w poprzedniej pracy. Co jest nietypowe, ludzie młodsi (tak w moim wieku mniej więcej) chcą być na pan/pani, a ci starsi na totalnej wyjebce są od pierwszego dnia po imieniu.
- W poprzedniej robocie dostałem identyfikator z nadrukowanym zdjęciem, nazwiskiem, stanowiskiem etc. Noszenie go było obowiązkiem zapisanym w regulaminie pracy, nawet jeśli powszechnie ignorowanym. Tu dostałem identyfikator całkowicie biały i goły. Nie ma go w regulaminie, nie służy do uwiarygodniania się przed nikim. Służy do dwóch rzeczy: odbijania się na czytniku czasu pracy i odbijania się przy drukarce, nosić go nie trzeba. Drukarki są na korytarzu i dostęp autoryzuje się hasłem albo identyfikatorem. Oczywiście natychmiast spowodowało to problem – przecież nie będę na szyi nosił identyfikatora, skoro i tak on nic nie potwierdza, a jednocześnie nigdy nie wiem gdzie go położyłem. Rozwiązanie: retraktor. Dumien, że na to wpadłem. Podchodzę, robię zzzziu i już. Czuję się jak robocop.
- Tak generalnie to jest raczej spoko i chyba mi się tam w miarę podoba.