raporty literkowe, biblioteczkowe, chrumkanie o ebookach i fantastyce

raport literkowy 2026.02

luty, wiadomo, krótki. i zimny. w grudniu szaleństwo, promki, zapowiedzi; w styczeń jeszcze się wjeżdża na tych emocjach. w lutym nic się nie dzieje. czytelniczo stabilnie, biblioteczkowo spokojnie. miesiąc kończę z wynikiem 11, a zatem założenia roczne prawie spełnione. jak w dobrym szpitalu na nfz – środki na wykonania kończą się w marcu.

żeby było rozwojowo, nowa platforma blogowa, pewnie prędzej czy później przeniosę tu starsze wpisy. chyba lepiej to działa, dużo łatwiej się też pisze, można robić jakieś myki typu tabelki spoilery uwagi, co to na poprzedniej platformie zajęłoby mi masę czasu. świń zadowolon.

przeczytane

6/2026: martin e. savage „the cephalopod philatelists”

selfpublishing, 2025

jestem na różnych grupach fejsbukowych poświęconych książkom. również sf i fantasy. prawdopodobnie zbyt wielu. większość postów to jakieś gadki typu „polećcie coś, ja półgłupi i nie umiem szukać”. wartościowe posty są rzadkie. zdarza się, że autorzy nachalnie promują swoją twórczość, z czym administratorzy grup czasem walczą, czasem nie. oczywiście duża część proponowanej autotwórczości dotyczy książek wydanych jako selfy, względnie w wydawnictwach typu vanity publishing. było już kilku autorów, którzy przebili się z selfów do szerszego obiegu, z takich popularnych to choćby andy weir, matt dinniman, qntm i pewnie wielu innych (naszych swojskich ya wattpadziar to nawet nie liczę). obecnie amazon umożliwił ebookowy selfpublishing już na tyle łatwy i bezkosztowy, że jeżeli ktoś chce to się wyda. i na jednej grupce, nie pamiętam której, autor martin savage polecał własną książkę. polecał ją w zasadzie bez słowa zachęty, po prostu wkleił w całości fragment. normalnie nie czytam takich rzeczy, ale tu przeczytałem, bo wydawało się to jakoś dziwnie satyryczno-absurdalne. przeczytałem, nawet podobało się, a że kosztowało na amazonie grosze to kupiłem. no i przeczytałem całe. ale przeczytałem tylko dlatego, że krótkie.

nie jestem pewien czy to zbiór opowiadań (relacji?) powiązanych wspólną fabułą, czy te śródtytuły to rozdziały. jest to tak chaotyczne, że obie opcje są możliwe. autor przedstawia satyryczną krytykę biurokracji unii europejskiej. otóż nad pragą zawisł statek kosmiczny. przyleciały cefalopody, czyli takie humanoidalne kosmiczne głowonogi, por. okładka. i chcą znaczków pocztowych, najlepiej albańskich. i tutaj autor rozpoczyna swoje rojenia o unii, biurokracji, dyrektywach i zmianach społeczeństwa po tym wydarzeniu. bo to i gospodarka monetarna się załamuje wobec przejścia z euro na znaczki pocztowe, likwidacja internetu żeby więcej listów wysyłać, dyrektywa o kolorze skrzynek na listy, walka ze zmianami klimatu, spory między pieczątkowcami (co znaczki kasują stemplem) i frankowcami (co kasują znaczki frankownicą) itd. są pojedyncze fragmenty (jak np. ten co go autor wrzucił na facebooka), które są powiedzmy niezłe, ale generalnie cała książka to strata czasu. jest tu jakiś delikatny vibe „demokratora” piotra goćka, tylko że to było naprawdę dobre, a „cephalopod philatelists”, nawet przy dużej łaskawości, nie jest.

być może to, że książkę da się łatwo wydać, nie jest jeszcze powodem żeby to robić. zresztą nawet gazeta wyborcza wypuściła ostatnio wywiad o tym, że większość ludzi którzy piszą nie ma żadnych zdolności literackich.


7/2026: piotr gociek „czarne bataliony 2.0”

wydawnicto ix, 2021

dawno dawno temu, w czasach dalece przedraportowych, zdarzało mi się czytać goćka w rzeczpospolitej. on to po różnych redakcjach latał, radiowych, prasowych (ostatnio „do rzeczy”) i telewizyjnych (ostatnio tv republika), a tak naprawdę ostatnio to założył sobie kanał na youtubie poświęcony kulturze, literaturze i fantastyce. naprawdę fajny. z jego pisarstwa czytałem do tej pory dwie rzeczy. pierwsze to takie coś w konwencji reportażu-raportu-pastiszu-satyry „demokrator” (co przypomniało mi się jak czytałem ten poprzedni wytwór na początku lutego), czyli naprawdę zabawną książkę o rosji. drugie to już w czasach raportowych, zbiór opowiadań „fantastyczne opowieści wigilijne” pod jego redakcją.

tutaj kolejny zbiór opowiadań, tym razem autorski, już kiedyś wyszedł w fabryce słów jako „czarne bataliony”. wersja 2.0 ma +3 opowiadania. wszystkie są całkiem niezłe, nie męczyłem się ani chwili. autor ma wyobraźnię, ma pomysły, realizacja na poziomie. przekonania autora bardzo widoczne. większość opowiadań raczej humorystyczna, dwa takie bardziej na poważnie, jedno to wręcz gatunkowo groza. zaskakująco trzymają w miarę równy poziom. najbardziej podobało mi się chyba opko „janek poranek i jego goście”, przyjemne i zabawne. mocne 4/5.


8/2026: sven holm „termush”

wydawnicto artrage, 2025

to trochę mniej fantastyczne, chociaż w jakichś dalekich orbitach sf. jak widać po okładce, książka z artrejdżowej serii „cymelia”. krótka powieść o życiu w termush, trochę hotelu trochę bunkrze, który oferuje bogatym przetrwanie na wypadek wojny jądrowej, skażenia radioaktywnego itd. oczywiście początkowe przerażenie sytuacją powoli ustępuje przerażeniem przed skażeniem a później przed falą ocalałych niehotelowych, co to stoją pod płotem i domagają się wpuszczenia. dyrekcja hotelu cenzuruje informacje, dociska niepokornych – nie jest to w sumie jakiś nowy koncept. oczywiście podstawowym pytanie jest – czy jest w ogóle jakaś przyszłość. dzisiaj opowieść o przetrwaniu po wojnie jądrowej momentami może brzmi trochę przesadnie katastroficznie, ale ten gość wydał to w 1965. wtedy pewnie inne podejście było.

żeby było śmiesznie, to jakiś miesiąc przed lekturą zaczęliśmy z małżonką oglądać na netfliksie serial „bunkier miliarderów”, który w jakimś sensie opiera się na podobnych motywach (chociaż tam to dość szybko zostaje ograne trochę na odwrót – nie będę spoilerował fabuły serialu, świń dobry, dobry).

powieść jest zrobiona na zasadzie relacji bezimiennego bohatera, jednego z klientów hotelu, chyba naukowca humanisty. jest to krótkie, krótkie rozdziały, czyta się szybko i dobrze. dobrze się czyta i dobrze, że krótkie, bo tak generalnie to trochę meh. nie jest nudne, ale fabuła bardzo przewidywalna, zakończenie w sumie nic nie zmienia, bohatera widzimy tylko jednego i trudno się ani utożsamiać ani współczuć.


9/2026: shawn goodman „robot detective”

smoke stack press, 2024

kupione na amazonie, była chyba jakaś promocja i po blurbie zdecydowałem się kupić, nawet pomimo dość rozbieżnych recenzji. dość dziwne to. teoretycznie jest to kryminał noir w settingu fantastycznym. tytuł jest o tyle sugestywny, że od razu wiadomo o co chodzi. jednocześnie tytuł jest nieprawdziwy. główny bohater, nick schneider, nie jest robotem. jest syntetykiem, a zatem ma np. mózg. jest samoświadomy, czuje ból i emocje, je, pije (w tym alkohol), pali papierosy. jak dla mnie to nie robot. dlaczego tytuł jest „robot detective”? nie wiem, ale domyślam się że miało przyciągnąć uwagę takich jak ja.

jak to w kryminałach noir, atmosfera powinna być ciężka, wyblakła i bez szczególnych rozpogodzeń. poniekąd tak tu jest, natomiast autor dodał dość rozbudowany wątek lobbistyczno-prawniczy: chodzi o amerykański akt prawny o zwiększeniu praw syntetyków. syntetycy nie mają pełni praw, co chwilę spotykają się z dyskryminacją (prawną i społeczną) i generalnie prawie nikt ich nie lubi. dość widocznym jest intencja autora skierowania uwagi na smutny los syntetyków, co ma jak sądzę wymusić na nas uwagę co do smutnego losu murzynów, którzy kiedyś byli traktowani mniej więcej podobnie. względnie dowolnej innej mniejszości, można sobie wybrać.

robot-detektyw to może nie jest robot, ale jest detektyw. kryminał noir aż prosiłby się, żeby to był jakiś prywatny detektyw w prochowcu jak u chandlera, schneider jest detektywem policyjnym. ale płaszcz i kapelusz ma. jest oczywiście detektywem, którego trudno spartnerować z kimś innym, ponieważ a) jest syntetykiem, dyskryminacja etc., b) nawet jak na syntetyka jest trochę dziwny. otóż większość syntetyków chce się upodobnić do ludzi (trochę jak transseksualiści), a schneider nie chce, co wyraża się w tym, że nie nosi skóry. nie, że jest prozwierzęcy i kupuje buty z pcv – jak ja, tylko nie ma własnej skóry na ciele, taki metaliczny jest jak terminator. ale detektywem jest raczej dobrym. ostatecznie zostaje sparowany z innym policjantem detektywem, franco. człowiekiem. ten zostaje przydzielony schneiderowi, ponieważ jego też nikt nie lubi, ale to nie dyskryminacja, on jest po prostu mendą.

kryminałów za bardzo jakoś nie czytam, kryminałów noir wcale, kryminał noir w settingu sf to dla mnie coś zupełnie nowego. tylko to nie za bardzo jest sf. poza tym, że na świecie są rzeczone syntetyki, nie ma żadnego rozwoju technicznego istotnie odmiennego od tego co znamy. sam schneider – syntetyk, jest taki trochę mało sciencefictionowy, nie ma żadnych szczególnych możliwości, jakich nie ma człowiek, np. szczególnej pamięci (musi notować szczegóły spraw w kapowniku, zapomina nazwisk), interfejsów do danych (raporty na komendzie klepie normalnie z palca na klawiaturze jak ludzie), szczególnej siły, spostrzegawczości, analityki, cyfrowego zasobu wiedzy. nawet bierze narkotyki. za mało roboci jest zwyczajnie. umawia się na randki, całuje, ma przyszywaną córkę do której dzwoni (telefonem), no nic nadzwyczajnego. pod kątem kryminalnym wypadałoby to oceniać po intrydze kryminalnej – nie mam doświadczenia, ale jak dla mnie to nawet się broni. w zasadzie wiemy od razu kto jest przestępcą, bo narracja się przeplata pomiędzy schneiderem, franco i właśnie grupą przestępców. wiemy co robią, nie znamy jedynie motywów. to się oczywiście wyjaśnia, nie jest bardzo przekonywujące, ale sam proces odkrywania powodów, którymi się kierowali źli jest całkiem ciekawy. jako że jestem pewien, że absolutnie nikt tego w temkraju nie wyda, pozwolę sobie na delikatny spoiler. można kliknąć, można nie klikać. jak się już kliknie, to proszę nie płakać, że zdradziłem, że to ogrodnik zabił.

spojler
otóż akcja kręci się wokół tego, że syntetykowi ucięto ręce, a później przeszczepiono je człowiekowi – konkretnie córce senatorki, która to syntetyków nienawidzi. teoretycznie nie da się tego zrobić, cud medyczno-technologiczny. od razu domyślamy się, że chodzi o wywarcie wpływu na głosowanie nad prawami syntetyków, ale jak to konkretnie ma działać? nie wiadomo. chodzi o pokazanie społeczeństwu, że przyszłością ludzkości są takie hybrydy, ludzko-syntetyczne. i dokonuje tego osoba, która jest takim trochę stwórcą syntetyków, jak się okazuje nie do końca zrównoważonym.

nie widzę na amazonie, żeby były kontynuacje tej książki, więc albo miała być jednotomówka albo pan autor jeszcze nie napisał dalszych tomów. ale tak uczciwie, to chyba nawet jakby były, to raczej zostawiłbym to fanom kryminałów. ja nie jestem, ale to nie znaczy że się źle bawiłem – tylko walor książki jest typowo kryminalny, sf to pół procenta treści. jak za $1.04 amerykańskiego dolara, czyli coś poniżej 4 zł, to nie czuję się stratny.


10/2026: mathias énard „opowiedz im o bitwach, o królach i słoniach”

wydawnictwo artrage, 2025

miałem wielką ochotę na jakąś powieść sf o marsie, skończyło się na powieści historycznej o imperium osmańskim i michale aniele. no tak się czasem zdarza. oczywiście nigdy bym o tej książce nie usłyszał, gdyby nie artrage, które wynajduje takie perełeczki i pokazuje w naszej polskiej kaszankolandii. akurat ta pozycja wyszła w serii „przeszły/ciągły”, czyli powiedzmy powieści historycznych. książka to laureat gągurtów, ale nie tych dużych gągurtów co to się wszyscy wydawcy o to zabijają, tylko gągurtów przyznawanych przez licealistów. o dziwo we francji ktoś zwraca uwagę na coś takiego, u nas młodzieży licealnej to się raczej tak znowu poważnie nie traktuje. żeby nie było, enard jest też laureatem dużych gągurtów, ale za inną książkę. a w 2026 został nominowany do międzynarodowego bookera, oczywiście za jeszcze inną.

co ciekawe, tłumaczył filip łobodziński. mnie to zaskoczyło, bo czytałem już książki, które przekładał z hiszpańskiego, nawet nie wiedziałem że trudni się też francuskim. no człowiek orkiestra, lingwistyczna i nie tylko.

jak się czyta powieść historyczną, to by się można spodziewać, że będzie historycznie, tj. że przynajmniej to co pokazuje fabuła to się chociaż wydarzyło. tutaj się nie wydarzyło, ale to w niczym nie przeszkadza. michał anioł trafia do konstantynopola na dwór sułtana bajazyda II i ma fuchę na zaprojektowanie mostu. z tym, że tej książki to się raczej nie czyta ze względu na walory projektowe, artystyczne czy architektoniczne – to po prostu jest bardzo ładnie napisane, bardzo ładnym językiem. warstw jest więcej – spotkanie wschodu i zachodu (bo, patrzcie, most to nie tylko most, metafora jak się patrzy), polityka, sztuka, oczywiście miłość bo jak to tak powieść bez wątku miłosnego.

19,50 zł w sklepie wydawnictwa. warto było, trzeba polecić.


11/2026: noam josephides „generations”

pygmalion media, 2024

w polsce wydał to rebis w 2025 jako „generacje”, ale okładka taka sama, więc nawet nie wklejam. mam wersję angielską z amazona, bo była tańsza a mi jest trochę wszystko jedno. $1.04 to naprawdę śmieszne pieniądze w porównaniu z ceną u nas. książka ma nominację w plebiscycie lubimyczytać w kategorii science fiction (tj. jej polskie wydanie, wiadomo), więc przeczytanie poniekąd realizuje lubimyczytaciowy lutowy challenge – co roku jest taki sam – przeczytam książkę nominowaną w plebiscycie.

trochę znak czasów, że wydawnictwo (a może sam autor, nie wiem) stara się jakoś obudować książkę. jest strona internetowa, na niej filmiki, dodatkowe opowiadanie, nawet soundtrack do czytania powieści. soundtrack to takie bezpłciowe elektropitolenie jakiego nie cierpię, dużo lepiej się czyta jak leci пермский край.

powieść, jako się rzekło, science fiction, gdzie ludzkość w ramach skoku ostatniej szansy podróżuje na pokładzie gigastatku/gigapromu thetis (realistycznie to jest bardziej miasto, kilkadziesiąt tysięcy pasażerów) do dalekich kosmicznych krain, gdzie ma się osiedlić. podróżuje już ~180 lat, bo zwyczajnie jest daleko. jest cały plan tej wycieczki. a że to trwa długo, to na statku rodzą się i umierają kolejne generacje ziemian. główna bohaterka, sandrine, to siódma generacja pasażerów, wedle założeń na te docelowe planety ma dolecieć tak dziesiąta-jedenasta generacja. w ogóle całe science jest tutaj dość rozbudowane i ciekawe, autor pomyślał o wielu sprawach, szczegółach, drobiazgach. ale podtytuł, a może hasło przewodnie, to science fiction mystery thriller i faktycznie tak jest, bo w książce nigdy nic proste być nie może. element thrillerowy jest taki bardziej polityczny niż kryminalny, rozwija się raczej powoli, ale nie mogę powiedzieć żeby był nieciekawy.

trochę zastanawiający jest ten świat na statku, taki nie wiem, uderzająco totalitarny? niby dwie najważniejsze wartości dla tego społeczeństwa to transparentność i tolerancja. ale też odstępstwo od ogólnego nurtu myślenia jest mocno ganione i karane, populacja jest skupiona na jednym i tylko jednym celu, ruchy wszystkich są śledzone. dostęp do informacji jest tylko dla najwyższych urzędników, wszelkie istotne decyzje są podejmowane autorytarnie, jedyny organ prasowy jest pod całkowitą kontrolą władzy.

brakuje tylko palenia teczek na wysypisku
no nie wiem, jakoś to dziwnie wygląda, też nie widziałem żadnej recenzji czy opinii, która by to podnosiła, to może jest moje przewrażliwienie zwyczajnie. nie wnikając, czy to zamierzone czy nie, świat przedstawiony to jak dla mnie nie jest problem tej książki.

problemem dla mnie są postaci, szczególnie główna bohaterka (sandrine liet), która teoretycznie jest doceniana za przenikliwość i inteligencję, jest starszą archiwistką (to jest stanowisko takie cokolwiek bardziej dochodzeniowe niż biurowe) i jednocześnie zachowuje się jak emocjonalny półmózg. daje się manipulować absolutnie wszystkim, nie dostrzega prostych pułapek (politycznych) widocznych na dwa rozdziały przed, podpisuje kwity w sprawie trwających dochodzeń bez czytania. autentycznie wyobrażam ją sobie ze stale rozdziawioną japą i wyrazem wiecznego zaskoczenia na twarzy. i jest to też w zasadzie jedyna postać jaką poznajemy, cała reszta to w najlepszym wypadku tło. jest antagonista, czyli powiedzmy premier tego statku, a w zasadzie szef układu trzymającego władzę. jest nyasa, szef archiwum, taka trochę figura paraojcowska dla bohaterki, jedyne co o nim wiemy to że jest mądry, prawy i poza wszelkim podejrzeniem (i to jest powtórzone z dziesięć razy, w tym autentycznie już na drugiej stronie powieści). dlaczego? bo tak, nie drąż tematu knurze. no i jest kilian, gość co to jest byłym tejże bohaterki, geniusz, wynalazca, pro-haker co to jest czymś pomiędzy standuperem i wodzirejem na dyskotece? już mi się nawet nie chce pisać. zresztą innych postaci nie ma.

niby to jest thriller, ale bez wybitnych emocji. w zasadzie cała fabuła zaczyna się od tego, że szef każe bohaterce pojechać do premiera i wziąć od niego kwity. dlaczego tym się zajmuje prawa ręka szefa, zamiast jakiegoś kandydata na młodszego podgońca – nie wiadomo. ona jedzie i rozpoczyna się akcja. bohaterka niby prowadzi jakieś śledztwo, nie do końca wiadomo w jakiej sprawie, ale tak naprawdę błąka się po statku i czuje, że coś jest nie tak. jakiekolwiek przełomy w śledztwie zostają jej w sumie podane na tacy. zresztą książka bardzo szybko podaje jaki jest sposób działania tej zakonspirowanej grupy, antagonistów, powiedzmy że „złych”. to jest w okolicach 10% książki. no to ja przyjąłem, że to musi się jakoś rozwinąć, że to jakaś zmyłka i że tak naprawdę chodzi o coś innego, wiadomo. przecież żaden autor nie wrzuciłby tak kluczowego elementu układanki tak wcześnie, bo to zabiera jakikolwiek suspens. ale nie, tutaj autentycznie chodzi o to samo co na początku, więc jak już się dotrze do finału fabuły, to jest to tak duże rozczarowanie że normalnie racice opadają. sam cel działania złych, ten ich taki wielki plan, jest ostatecznie tak niewiarygodny że trudno go brać na poważnie.

ogólnie książka powiedzmy przeciętna, może momentami powyżej. jednak te zachwyty na okładce to trochę za dużo, majstersztyk to nie jest. opinie w sieci anglosaskiej podniecają się, że to takie niesamowicie świeże – no chyba nie, sama koncepcja wielopokoleniowego statku do odległej planety w sumie też już kiedyś była realizowana (brian aldiss „non stop”, reynolds też napisał „migotliwą wstęgę” o czymś podobnym). w ogóle recenzje są jak dla mnie niebywale pozytywne, dużo maksymalnych ocen. no nie mogę się zgodzić, za kreację świata to i 4+ się należy, ale postaci (jedna postać, reszta nie istnieje) są słabo zrobione, fabuła jest bardzo powolna, bardzo bardzo dużo ekspozycji, opiera się prawie wyłącznie na rozmowach, ciągnie się to bardzo i momentami jest trochę nudno, więc powiedzmy 2? niech będzie że 3-/5 za całokształt. książkę ciągnie tyko światotwórstwo, poza tym brak postaci, brak polotu, średnia fabuła. zmarnowany potencjał. ech, a się napaliłem, recenzje były entuzjastyczne, że taka to nowa jakość. biorąc pod uwagę zapłaconego dolara, to powiedzmy że niech będzie. ale jakbym zapłacił polską cenę okładkową to bym miał chyba wyrzuty sumienia że zmarnowane środki.


biblioteczka

krótki miesiąc, bez szczególnych zakupów. były jakieś okazje typu ebook dnia, to kupiliśmy np. „londyn – biografia” petera ackroyda czy „fizykę smutku” georgija gospodinowa (bo pewnie dostanie nobla kiedyś). jakaś okazjonalna promka na fantastykę w magu dała +3, bo kupiłem brakujące części cyklu o marsie pierce’a browna, kolejne +3 od świata książki, który puścił w promocji cykl haldemana „wieczna wojna” (z lat 70, trylogia za jakieś 50 zł). z nowszych tematów to sprawiłem sobie „yokai heishi” piotra kucharskiego (wydawnictwo warbook), bo dość zaciekawił mnie blurb powołujący się na cyberpunk w japońskim stylu. tylko że to wydane w 2026, a jak na razie twardo trzymam się założeń jednolitocenowych, pisałem o tym w grudniu. w poprzednich latach nakupowałem tyle, że nie mam parcia na nowości. ale tak to raczej niewiele się działo. co jest dobre, bo mam gigantyczny wirtualny stosik do przerobienia i wolałbym nie dokładać.

cośtam więcej wziąłem z amazona – takie tam klasyki sprzed lat, poul anderson, bruce sterling, simak, greg bear, silverberg. sporo u bezosa lata antologii, w tym takich naprawdę solidnych (np. w wyborze gardnera dozoisa). jak się odpowiednio odczeka to za dobre pieniądze można mieć super książki, co w kraju nie wyjdą nigdy. do tego dwa zbiory opowiadań autorskie, teda chianga i hannu rajaniemiego, powieść charlesa strossa i parę innych. trochę pozycji było z obniżką 100%, czyli za darmo, to oczywiście też wziąłem, chociaż nie wiem czy przeczytam.

małżonka zażyczyła sobie np. „aglo. banką po śląsku” pana kajsia, „4321” paula austera i „światło z lavelle” paulliny simons. stopro, że zapomni że je kupiliśmy, jak zawsze. z jakiegoś niezrozumiałego powodu świnina uważa, że ebook jest gorszą formą książki. tu już tylko terapia małżeńska może pomóc przy takiej różnicy zdań.

przybyła jedna papierowa, ale powiedzmy że to nie wynik mojej pazerności – dostałem prezent urodzinowy (tak, w lutym), „kosmos. wyznaczam nową trasę.” jarosława juszkiewicza. z dedykacją! i rysunkiem! i numerem! będzie czytane. nie wiem czy do prezentów stosuje się moje założenie jednolitocenowe, ale lepiej nie ryzykować.

book pass

publio przysłało bookpassa. małgosia dała wybór następujący – po książkach wklejam opisy z maila:

  • „opowiadania najlepsze” harlan ellison, rebis w serii „wehikuł czasu” – Niemal 550 stron, 19 opowiadań – w tym aż 9 ukazuje po raz raz pierwszy po polsku. Ten zbiór to prawdziwa uczta dla fanów fantastyki – zachłanni łykną pewnie na kilka dużych literackich posiłków, smakosze będą się delektować powoli 😉 A zdecydowanie jest czym, bo aż 6 z tych utworów zostało wyróżnionych Nagrodą Hugo, 5 Nagrodą Lucasa, a 3 Nagrodą Nebula – no a o wpływie Harlana Ellisona na gatunek miłośnikom fantastyki pisać nie muszę. A jeśli nie siedzisz (tak jak ja ;)) za bardzo w fantastyce i tylko okazjonalnie czasem coś czytasz, to powiem Ci tylko, że seria „Wehihuł czasu”, w której ukazują się klasyki fantastyki, jest GENIALNA!
  • „galeony wojny” jacek komuda, fabryka słów, bez serii – Ahoj przygodo! Noo, fantazji Jackowi Komudzie absolutnie nie da się odmówić! Jest tu absolutnie wszystko: szum fal, smak morskiej wody, awantura, zgrzyt szabli, śpiew marynarzy – to pełnokrwista powieść marynistyczna z pogranicza historii i fantastyki. Są bitwy, szwedzcy korsarze, przygody, historia i fantazja – powiedziałabym raczej, czegóż tu nie ma! Jeśli jeszcze nie znasz Komudy, to myślę, że jest całkiem spora szansa, że zyskasz nowego ulubionego autora 😉
  • „dzikie nasienie” octavia e. butler, wydawnictwo mag w serii „artefakty” – To jest dopiero połączenie – w jednej strony Afryka, niewola, odmienność, a z drugiej strony plan hodowlany (w tle oczywiście związki kazirodcze, a jakże, i manipulacja genetyczna) – a wszystko podporządkowane kolejnym pokoleniom, które mają zyskać długowieczność, siłę, ogromną mądrość i umiejętność przeistaczania się w zwierzęta. Czy tworzenie tej nowej rasy ma w ogóle szansę się udać?

wszystkie trzy interesują mnie, generalnie, średnio. no i naprawdę, „nagroda lucasa”? pani specjalistka od literatury nie słyszała o locusie? „wehihuł czasu”? no nic. w zasadzie komudę odrzuciłem od razu, nigdy mnie nie interesowało to co pisze, jego historyczne fantasy interesuje mnie jeszcze mniej. „dzikie nasienie” z jednej strony to mag, czyli trochę moja ekipa, ale z drugiej to znowu jakieś murzyńskie przypowieści. harlana ellisona znam wyłącznie z opowiadania „nie mam ust, muszę krzyczeć”, które przeczytałem jeszcze z biblioteki miejskiej i pamiętam do dzisiaj, było to obrzydliwe, jakieś tortury, gwałty, wolałbym nigdy do niego nie wracać. także trudny wybór. ale ostatecznie to jednak ellison. no dużo mniej jestem zadowolony z przedstawionych opcji niż byłem w styczniu, gdzie w sumie pasowało mi wszystko. coś musiałem wybrać, ale gdybym miał kupować poza abonamentem (czy jak nazwać book passa), to bym raczej nie wybrał żadnej.

chrumkanie

polska fantastyka ma już 250 lat, jak się okazuje. jest okolicznościowa rozmowa goćka z kołodziejczakiem o tym. się okazuje, że nawet mickiewicz pisał fantastykę.

kolejny plebiscyt „książka roku” na lubimyczytać. praktycznie nic nie mam do powiedzenia. mamy z tego chyba ok. 8 pozycji pośród wszystkich kategorii. z tego wszystkiego przeczytałem jedną i to w wydaniu oryginalnym, „zatruty kielich” roberta jacksona bennetta. o dziwo wrzucili go do kategorii science fiction, nie za bardzo rozumiem tę koncepcję, to fantasy. nawet sam autor tak twierdzi.

ebooki w vesper

tak, piekło zamarzło, wydawnictwo vesper wrzuciło na swoją stronę ebooki. może nie tyle wrzuciło, co dodało do katalogu, wszystkie są niedostępne. gadka w temacie była chyba ze cztery lata. ale, żeby nie było tak kolorowo, ceny książek są, nazwijmy to, ciekawe.

popatrzmy na kilka pozycji:

tytułebook [zł] twarda [zł]amazon
„towarzystwo ochrony kaiju” johna scalzi59,903637
„rozgwiazda” petera wattsa64,903938
„dzieci czasu” czajkowskiego89,905457
„kroniki umierającej ziemi” vance’a119,9071,9441
„ulice laredo” mcmurtry99,906078
„na południe od brazos”129,907883
„zielony mars”99,906023

ceny ebooków są tak 50% wyższe niż ceny książek w twardej oprawie. co to znaczy, przynajmniej dla mnie: vesper tak naprawdę nie chce ich sprzedawać. vesper chce jedynie powiedzieć: mamy ebooki, odstosunkujcie się od nas, przestańcie narzekać, ktoś chce to droga wolna. drogo? to kupcie papier. za ~2 lata napiszą: likwidujemy ebooki, to martwa gałąź działalności, nikt tego nie kupuje, nikt tego nie chce, gdzie są wszyscy ci hejterzy co narzekali.

o spadającej popularności science fiction

na zaginionej bibliotece cośtam sobie chłopcy dyskutują i padło pytanie, które ja też sobie czasem zadaję – dlaczego to się u nas nie sprzedało? chociaż ja akurat chyba częściej pytam a contrario: dlaczego to się tak przyjęło? tutaj akurat to pierwsze pytanie dotyczyło powieści reynoldsa. andrzej miszkurka napisał coś takiego, co chyba muszę jeszcze przetrawić i przyswoić:

To kwestia demografii czytelników. Miłośników SF jest wielokrotnie mniej niż odbiorców fantasy czy romantasy. Ale to nie tłumaczy wszystkiego.

Wytłumaczenie może być jedno. Proporcje.

Książki Reynoldsa są za mało relacyjne. Oczywiście, relacje tam są — konflikty, dawne więzi, obsesje, zdrady. Problem polega na tym, że nie są one osią konstrukcyjną powieści. Są dodatkiem do wielkiej wizji kosmicznej, do idei, do historii cywilizacji i technologii. Czytelnik nie dostaje jednej, stałej grupy bohaterów, z którymi mógłby spędzić kilka tomów i do których mógłby się przywiązać. Postaci bywają wymienne, rozproszone, podporządkowane konceptowi.

Zdecydowanie lepiej radzą sobie książki sf, które robią to jak fantasy. W fantasy świat bywa równie rozbudowany, polityka równie skomplikowana, a stawka równie wysoka — ale niemal zawsze centrum stanowią relacje. Rodzina, drużyna, mistrz i uczeń, kochankowie, przyjaciele. Nawet najbardziej epickie cykle opierają się na emocjonalnym rdzeniu. Świat jest sceną dla bohaterów.

W brytyjskiej space operze często jest odwrotnie: to świat jest bohaterem, a ludzie są jego elementem. Skala robi wrażenie, idee są fascynujące, ale bez silnej, stałej więzi trudno o masową identyfikację. A bez identyfikacji nie ma szerokiej popularności.

Monumentalność to siła tej odmiany SF. Tyle że dla wielu czytelników za mało tam człowieka w człowieku.

cięcia w magu

skoro już przy magu, wydawnictwo już od dawna to zapowiadało ustami andrzeja miszkurki, że mają za dużo autorów, za jajka w zbyt wielu koszykach, za dużo autorów nie generuje zysku, muszą zrobić cięcia. w końcu pod koniec lutego wydawnictwo opublikowało na fb listę kogo zostawia. oczywiście zrobiło to w typowy dla siebie sposób, z którego w zasadzie mało co wynika. przy pewnej wytrwałości można ustalić, kogo nie zostawia – ale nawet jak kogoś zostawia, to nie znaczy że będzie wydawać coś nowego, może puszczać wyłącznie wznowienia. a jak kogoś nie ma na liście, to nie znaczy że go nie będzie tak całkowicie, bo niby wypisali tylko tych, których już kiedyś coś wydali. czyli tak naprawdę dalej mało co wiadomo. oczywiście godzinę po wypuszczeniu już lista wymagała poprawek i zmian, co jak na operację przygotowywaną od miesięcy pokazuje ich analizę jako dość pobieżnie jednak przygotowaną. ja nie wiem kto się tam zajmuje komunikacją z czytelnikami, ale to co w tym względzie robią to od lat komedia. bardzo lubię to wydawnictwo, bo takich co wydają wyłącznie fantastykę nie ma wiele, a mag dość dużo wartościowych pozycji na nasz rynek wypuszcza, łącznie z takimi co pewnie w inny sposób by się nie pojawiły. o uczcie wyobraźni już wiele razy pisałem i za to dla nich wieczny szacunek. ale naprawdę, to pajacowanie, te stałe opóźnienia, te przesunięcia, tutaj informacja że wydamy na jesieni 2026, nie jednak lipiec 2027.. no niepoważne to.

co z tymi cięciami – od lat spodziewałem się (i chyba nie tylko ja), że wycięty będzie alastair reynolds – o dziwo, jednak nie. bardzo mnie to cieszy. utrzymani są prawie wszyscy autorzy na których mi zależy – właśnie reynolds, do tego panowie od malazańskiej księgi poległych (ale już np. esslemonta chcą dokończyć cykl i dalej nie wiadomo: znowu, pajacera), watts, corey, yoon-ha lee (na to bardzo czekam i moja cierpliwość się powoli kończy, na amazonie jest dostępne i nie tak drogo), martha wells (ta od mordbota) i trochę takich wyjadaczy sf, co to znani są z uczty wyobraźni.

więc kogo wycięli: zapowiadaną robin hobb, mieli wznowić cykl „żywostatki i ich kupcy”. mówili o tym ponad dwa lata i proszę, jednak nie. to co w komentarzach czytam to jakiś kosmos, za te trzy książki są ludzie gotowi płacić po 1000 zł i więcej na allegro (na amazonie latają po pięć usd za ebooka). mag zrezygnował z tego cyklu, co ciekawe – chyba musieli uwolnić prawa nie tyle do tego konkretnego, co do wszystkich książek robin hobb. za czym poszła natychmiastowa promocja w świecieksiążki – każda jej pozycja po 10 zł. no to wziąłem, taniej przecież nie będzie a może kiedyś do tego usiądę.

chyba nie będzie też denisa taylora, co jest o tyle dziwne, że z jego cyklu „bobiverse” wydali już cztery części i jeszcze miesiąc temu potwierdzali że wydadzą kolejną (te cztery mam, miałem zacząć w tym roku). chyba powycinali jakieś romantasowe pozycje, bo w komentarzach widzę płacz za czymś, ale nawet nie wiem jak mieliby się nazywać autorzy (czy pewnie autorki). paru autorów może troszkę żal (swanwick np.), ale nic się nie dzieje. do tego utrzymują w katalogu masę autorów, tak na oko połowę, co to nie obchodzą mnie wcale i równie dobrze mogliby zniknąć, te jakieś wynalazki typu chloe gong, cassandra clare, victoria aveyard – nie mam pojęcia kto to jest, chyba też romantasy.

więc: z dużej czarnej chmury w zasadzie nieduży deszcz, ale tę sprawę naprawdę dałoby się załatwić inaczej, lepiej, jednak jakiś szacunek do czytelnika (wyłącznego klienta) dobrze byłoby mieć.

bookmedia

na lubimyczytać jest plebiscyt, mówiłem chyba ze trzy razy. jedną z kategorii jest „człowiek książki”. w poprzednich edycjach to znałem po parę osób, teraz znam jedną (agatę kasprolewicz, prowadzi „raport o książkach” u dariusza rosiaka, to akurat naprawdę wartościowe. rozważyłbym kroki prawne co do plagiatu raportu literkowego, ale p. agata była pierwsza i nie utrzymuje że jest świnią). żeby nie było że świń się odcina, obejrzałem pobieżnie te wszystkie nominowane instagramy i jutuby. wrażenia:

  • instagram to autentycznie najgorsze możliwe medium na mówienie o książkach
  • prawie wszyscy nominowani mężczyźni to geje
  • bookmedia to jakaś farsa.

jest np. coś takiego jak „strefa czytacza”, na youtube. wchodzę zobaczyć co ten gość publikuje, losowo wybrałem dwa filmy: „Dlaczego dziś nie możesz czytać książek, które kochasz?” i „Jaka przyszłość czeka książki? Będzie ŹLE!”. chyba warto sprawdzić, bo w sumie to chciałbym wiedzieć dlaczego nie mogę czytać tego co lubię. nawet nie wiedziałem że jest jakaś książkowa policja, która to sprawdza. jak się okazuje, nie można czytać czegośtam, bo ktoś w internecie może sobie coś o nas pomyśleć. facet się pozycjonuje jako głos rozsądku, bo mówi że to nie jest tak, i że w sumie to można jednak czytać trochę co się chce, tylko tak ostrożnie. bo np. czytanie harrego pottera niekoniecznie musi oznaczać, że popieramy transfobię, a książek neala gaimana nie oznacza poparcia przemocy seksualnej. ten jakże radykalny pogląd trochę wyprowadził mnie z równowagi. musiałem wręcz zweryfikować swój pogląd na temat tego, jak bardzo wcale obchodzi mnie opinia anonimowych ludzi w internecie na temat tego co czytam. po weryfikacji, dalej jakoś mam to w dupie. dobrze, że te moje raporty czytają łącznie dwie osoby, jakoś czuję się względnie bezpieczny. może internetowy rójumysł mnie tu nie dopadnie. jak można robić dramę z tak niebywale nieistotnej rzeczy jak czyjaś opinia o fakcie czytania czegoś, to jest dla mnie niesamowite. jeszcze bardziej niesamowite jest zbijanie kapitału, lajków i okejek jako głos rozsądku, który próbuje wyjaśnić, że można.

drugi film, ten o przyszłości książek, jeszcze bardziej ryje mi banię, jak dorodny knur ryje grządki pod ziemniaki. można się dowiedzieć, że nie wszystkie książki u danego wydawcy sprzedają się równie dobrze. no kurwancka, dobrze że mamy te bookmedia, bo inaczej to bym sobie w tym skomplikowanym świecie nie poradził. albo że problemem rynku książki jest to, że większość obowiązków promocyjnych spada na autora. pewnie dlatego te ostatnie książki alberta camusa nie sprzedają się tak dobrze jak kiedyś. nie mogę tak w pełni dissować tego typa, bo niektóre jego tezy – np. że książek wychodzi za dużo, że książki może są ładniejsze ale niekoniecznie lepsze – są raczej słuszne. ale tak ogólnie to jeżeli tak wyglądają te całe bookmedia to chyba wolę stać gdzieś z daleka.

i na tym kończę.