w tym miesiącu książki do czytania świniowi wybierała małżonka, więc jak ktoś ma jakieś zarzuty co do selekcji to ją proszę cancelować, świń tu bez winy.
przeczytane
12/2026: kajetan szokalski „jemiolec”

pulp books, 2024
pulp books to jest względnie nowe wydawnictwo, łódzkie, pierwsze poważniejsze książki wypuścili chyba w 2024. twarzą jest jakub ćwiek i wydają głównie książki, niespodzianka, jakuba ćwieka. początki wydawnictwa były intensywne, pamiętam że wypuścili własną aplikację do czytania i słuchania własnych książek, jakieś pulpcoiny dla swoich fanów, a nawet zaczęli wydawać czasopismo „pulpitacje”, o tematyce cokolwiek okołofantastycznej. czasopismo już umarło, spodziewam się że aplikacja wkrótce dołączy. nie mają wielu autorów w swojej chlewni, poza wspomnianym ćwiekiem jest andrzej kwiecień (incydentalnie: prezes zarządu pulp books; pisałem kiedyś o jego książce „metamorf”), marta sobiecka (incydentalnie: redaktorka w tym wydawnictwie; czytałem pierwszy tom cyklu o kaori nakamurze, też było w raporcie), joanna ufnalska (chyba kryminały historyczne, mam, nie czytałem), krzysztof zajas (facet latami wędrował po jakichś selfpubach, aż dziwne że się tu zaczepił) i kilku nonejmów. takim nonejmem jest dla mnie kajetan szkokalski właśnie, nigdy o nim nie słyszałem dopóki nie przytruchtałem na stronę wydawnictwa, chyba po „metamorfa” i zaciekawił mnie blurb. no i wydałem te 22 zł, zawsze fajnie odkryć kogoś nowego i jeszcze polskiego. o autorze nie wiedziałem nic, zresztą dalej nic nie wiem – tak z facebooka to widzę że jest w miarę młody i ma dwa koty.
dziwna jest ta książka. o tyle dziwna, że fabuła jest osadzona w roku 2068, w polsce trochę na kształt prlowskiej. główny bohater, julian, zostaje zwolniony z pracy malarza blach w fabryce samochodów w nowej elektryczce pod bytomiem, ale zostaje wylosowany do eksperymentalnego zamieszkania na tajnym rządowym osiedlu blask futury (premier kraju ma na nazwisko futura). osiedle jest nie wiadomo gdzie i trochę jest stylizowane na przedmieścia usa lat 1950-60. no i tam mieszka z innymi wybrańcami, gdzie ma solidnie płacone w zasadzie za nic – tam się nie pracuje, tylko po prostu spędza czas i uczestniczy w eksperymencie socjologicznym. jakim – nie wiadomo. nie można mieć telefonu, nie można opuścić osiedla, nie ma typowego internetu. ale bohaterowi to w sumie nie przeszkadza, bo potrzebuje pieniędzy na leczenie bliskiej osoby, która zapadła na tytułowego jemiolca. jemiolec to choroba, gdzie na człowieku wyrastają rośliny. no i, jak to w książkach, w tej wiosce/osiedlu zaczynają się dziać dziwne rzeczy.
książka utrzymana w konwencji raczej lekkiej, momentami humorystycznej, chociaż jest tu dużo elementów grozy. nie umiem tego jasno sklasyfikować, jest coś takiego jak weird fiction i może to jest to. pojawia się niestety motyw, którego bardzo nie lubię, czyli wszechpotężna istota lub maszyna, której możliwości, sposób i zasady lub motywy działania są niezgłębione i niewytłumaczalne. to jest dla mnie trochę tanie zagranie i wytrych, no nie lubię tak.
co trzeba oddać: facet umie pisać, umie opowiadać i dobrze mu to wychodzi. gdyby tylko zdecydował się na następną książkę z historią trochę bardziej klasyczną – też w konwencji fantastycznej, ale bez aż takich udziwnień – to ustawię się w kolejce. tutaj było dobrze, ale ja nie jestem właściwym odbiorcą. oceniam na coś pomiędzy 3 i 4, jak ktoś lubi weird fiction albo new weird to pewnie oczko wyżej.
pobocznie: to dwunasta książka przeczytana w tym roku, więc challenge roczny zrealizowany 1 marca. czy pokuszę się na challenge rozszerzony, 52? nie wiem, pewnie nie.
13/2026: robert a. heinlein „luna to surowa pani”

wydawnictwo mag, 2024
zgodnie z adnotacją na okładce, mag wydał ten skansen w serii „artefakty”, jako 39 pozycję w serii. z tego co wiem, na grzbiecie oni numerowali kolejne części serii, co jest zachowaniem jak dla mnie poniżej krytyki (bo pominięcie czegoś z serii powoduje, że mój zespół obsesyjno-kompulsywny drga i wyje). no ale na ebookach numerów nie ma. w „artefaktach” mag publikuje/publikował (u nich nigdy nic nie wiadomo, nie mam pojęcia czy ta seria jest aktualna czy zamknięta) klasyczne utwory fantastyki, wyłącznie anglojęzyczne, szczególnie takie mocno docenione na zachodzie, a niekoniecznie u nas, względnie dawno u nas niewznawiane. część wydali w omnibusach. mam kilka pozycji z serii, ale daleko mi do zebrania całej 50, zresztą nigdy nie miałem takich planów. na rynku jest jeszcze druga taka seria, „wehikuł czasu”, publikowana przez rebis, z chyba takimi samymi założeniami. muszę powiedzieć (nie muszę, ale chyba chcę), że z tym przywiązaniem do takich klasycznych klasyków to u mnie dość słabo. doceniam, najczęściej, ich wpływ na cały gatunek, bo jednak gibson, dick, zelazny, haldeman inspirowali chyba całe już pokolenia dalszych pisarzy. ale coś, co robiło wrażenie w latach 60 czy 70, to na współczesnego fantastycznego świnia działa inaczej.
książka wyszła w 1966 (wcześniej drukowana w częściach w czasopismach sf), więc artefakt jak się patrzy. wygrała hugo i była nominowana do nebuli. pierwszy przekład był z 1992 dla rebisu, tutaj nowy, próchniewicza. z heinleinem to nie miałem wielkiej styczności, czytałem „obcego w obcym kraju” i oczywiście oglądałem „starship troopers/żołnierzy kosmosu”, bo to klasyka filmów klasy b. ale „luna” to jest chyba najbardziej znana książka tego autora, chociaż nie wiem czy znana akurat z przenikliwości warstwy science. raczej znana w mainstreamie z warstwy politycznej, skrajnie libertariańskiego anarchokapitalizmu panującego na księżycu, z tym słynnym „darmowych obiadów nie dają” – w oryginale tanstaafl „there ain’t no such thing as free lunch”. nie bardzo jest to zgodne z moim światopoglądem, ale ja nie mieszkam w ameryce, tylko w polskim pałacochlewie i nie rajcuje mnie milton friedman. ani nawet leszek balcerowicz. samo „luna to surowa pani” to tłumaczenie tytułu dość dosłowne. harsh mistress (albo cruel mistress, okrutna) to idiom, który oznacza jakąś siłę, której nie można się przeciwstawić, ale nie jest jednoznacznie negatywna ani pozytywna, trochę jak u nas to powiedzenie z łaską pańską i pstrym koniem. najczęściej chyba lata jako nature is a cruel mistress. ale surowa pani też brzmi spoko, a inaczej pewnie tego nie idzie przetłumaczyć.
początek książki to rozmowy głównego bohatera ze sztuczną inteligencją, ta nazywa się mike. mike osiągnął samoświadomość, czyli mamy zjawisko osobliwości. trochę to przypomina rozmowy z chatem gpt, momentami głupszym, momentami wręcz wszechmocnym. są takie skansenowo urocze fragmenty, kiedy np. próbują tej sztucznej inteligencji założyć telefon i próbują znaleźć wolny aparat (jest rok 2075), no przyszłość jak się patrzy. później jest opis zaczynu jakiegoś trochę dziwnego księżycowego przewrotu, z powoływaniem się na lenina, teorią i praktyką anarchistycznej rewolucji, nawoływaniem do obalenia burżuazji, rozważaniem wyzysku etc. oczywiście bardzo istotne jest też picie wódy, bez tego żadne planowanie się nie uda. trochę dziwne to było, szczególnie że ta scena trwa ze 20% książki. w ogóle dużo nawiązań do sowietów, no trochę widać że to pisane w latach 60. zauroczyło mnie nazywanie mieszkańców ziemi ziemniakami, nawet jeśli brzmi to jak inwencja tłumacza. no i wychodzi im, że na lunie niedługo głód i zamieszki, więc przygotowujemy rewolucję. pierwszą rewolucję kierowaną przez ai.
jest trochę tłumaczenia, jak wygląda społeczeństwo na lunie, z wielożeństwem, z hodowaniem pszenicy (?), trudnościami transportowymi pomiędzy ziemią a luną, płaceniem za powietrze, którym się oddycha, niemożnością trwałego powrotu na ziemię. masę jest też spraw zupełnie absurdalnych i trochę komicznych, jak niebywała nieporadność służb porządkowych czy jakieś dziwne anarchokapitalistyczne procesy sądowe pomiędzy zwaśnionymi.
a później wiadomo, rewolucja wchodzi w życie. wolna luna. zaskakująco dużo jest takiej teorii rewolucji i przejęcia władzy, zarządzania tłumem, wręcz jak u machiavellego, tylko dokładniej.
no nie było to złe, muszę powiedzieć, chociaż nie da się do tej książki podejść jak do współczesnej. na pewno wywarła istotny wpływ na innych pisarzy, widzę to choćby w cyklu „luna” iana macdonalda, który czytałem parę lat temu. pewnie jest też trochę heinleina w książkach, gdzie pojawia się ai. 4+/5.
14/2026: ian watson „łzy stalina”

agencja wydawnicza solaris, 2017
agencja wydawnicza solaris to późniejsze wydawnictwo stalker books. stalker books występuje też pod marką esef, co chyba jest księgarnią wydawnictwa? być może to jest to samo, tak mi się wydaje. tak czy inaczej sedeńko. watson to znowu jeden z takich autorów solarisowo-sedeńkowych. mam na myśli to, że oni, o ile kiedyś znani a może i popularni, dzisiaj nie poza tym wydawnictwem za bardzo nie istnieją. i jakoś nie sądzę, żeby ktokolwiek chciał to wydawać poza nim. ale to poniekąd fajnie, jest opcja żeby poznać coś takiego mało mainstreamowego. a ian watson był u nas znany cokolwiek może parę lat temu, był nawet głównym gościem festiwalu fantastyki w nidzicy (dawno) i gościem na pyrkonie (niedawno). sedeńko wydał jego trzy antologie: „opowieść trurla”, „pamiętamy babilon”, trzecią z kolei są właśnie „łzy stalina”. o ile wiem, jego powieści zostały u nas wydane ale tak bardziej w latach 90., teraz chyba będzie kolejna próba, również w stalker books. ta najbardziej znana, „the embedding”, nie była wydana nigdy. może bardziej znany jest w wielkiej brytanii, tj. u siebie, względnie w stanach. można zakładać, że najlepsze opowiadania trafiły do pierwszych zbiorów, trzeci i ostatni ma już raczej resztki i zlewki. no ale taką lekturę mi żona wybrała.
akurat jak przeczytałem pierwsze opowiadanie, to sedeńko wystąpił u piotra goćka na youtubie. z jednej strony ciekawy człowiek, doceniam że jeszcze próbuje robić antologie po staremu (czyli zamawia nowe teksty, nie robi kompilacji). z drugiej: jeżeli ktoś organizuje konwent fantastyczny i nazywa go sedeńcon, to jakoś czuję, że trzeba do niego podchodzić ostrożnie. zresztą większość gości goćka ze sfery fantastyki to są tacy zawodnicy, że widać po nich tęsknotę za czasami, kiedy opowiadania sf można było dorwać co najwyżej w tiochnice mołodioży czy podobnych, a oni byli jakośtam ważni.
wersja papierowa książki miała chyba 6 opowiadań, elektroniczna ma 11 i dopisek na okładce „edycja specjalna”. czuję się bardzo specjalnie i wyjątkowo. chociaż okładka zwykłego wydania z obrazem salvadora dalego podoba mi się bardziej.

nigdy wcześniej tego autora nie czytałem, co dziwnym chyba nie jest. wrażenia: na poziomie samej wyobraźni gość przebija chyba znaczną większość autorów obecnych dziś na rynku. już pierwsze opowiadanie „mówca drewnianego morza” mówi o planecie, na której nie ma mórz w naszym rozumieniu, jest całkowicie zadrzewiona i statki poruszają się niejako po drzewach, tak jakby płynęły po nich. i najważniejszym zadaniem statków jest nabijanie na bukszpryt kilkumetrowych robaków. a liście tych drzew mają duże stężenie thc i można z nich pędzić absynt. ludzie jedzą i piją żywicę i wydzieliny tych robaków. a jak się cieszą to wirczą (rzeczownik: wirczenie), czyli wstrzymują oddech i kręcą się w kółko. no nie ma na świecie tyle gorzały, żebym wpadł na coś takiego.
pomysłowość bardzo duża, ale nie mogę powiedzieć żeby te opowiadania były jakieś super. nawet nie jestem w stanie podać, które podobało mi się najbardziej. takie względnie przeciętne to jest, czuć niewykorzystany potencjał. np. opowiadanie tytułowe jest o tajnej policji, która fałszuje mapy zsrr, żeby ewentualny wróg nie wiedział co jest gdzie (co chyba było autentyczną praktyką). i nagle dostają polecenie, żeby jednak przygotować prawdziwą mapę zsrr, już bez tych fałszowań – ale nie są w stanie, bo tych wersji uprzednich jest tyle, że tak naprawdę już nikt nie wie, jak jest naprawdę. to mogło być naprawdę wspaniałe, ale nagle autor odpłynął w jakieś weirdowe rejony. ciekawe opowiadanie o manekinach urywa się jakby w połowie, bez konkluzji. do iana watsona chyba chciałbym wrócić, ale albo do czegoś większego (bo jednak parę powieści wydał) albo do któregoś z tych wcześniejszych solarisowych zbiorów, może są lepsze. 3-/5.
na minus słaba redakcja albo korekta, bardzo dużo błędów redakcyjnych, literówek etc.
15/2026: matt dinniman „dungeon crawler carl”

dandy house, 2020
zbiegiem okoliczności, ta książka wyszła w polsce pięć dni zanim zacząłem ją czytać, wydała czarna owca. ale że kupiłem ją u bezosa z pół roku wcześniej w oryginale, to tak też czytałem. polskie wydanie ma ten sam tytuł, za to inną okładkę (wydania pingwinowego, o tym dalej), chyba lepszą:

pierwsza książka z gatunku litrpg jaką czytałem. próbowałem kiedyś dojść do tego co to tak naprawdę znaczy. dalej nie wiem. widoczne jest nawiązanie do rpg, role playing games, gier w których a) gracz wciela się w jakąś postać i śledzi historię jej oczami, b) kluczowy jest rozwój tej swojej postaci, poprzez awansowanie na kolejne poziomy (levelowanie) i przydzielanie punktów do określonych cech i umiejętności. więc każdą taką grę można przejść kilka razy trochę inaczej, wybierając inne ścieżki fabularne, inaczej rozdzielając punkty itd. nie wiem jak doszło do tego, że ktoś zaczął pisać książki opierając się na tym mechanizmie, ale wszystkie ślady do jakich dotarłem wskazują, że to ruski wynalazek. pierwszy cykl o jakim słyszałem (zresztą już dawno w polsce wydany) to cykl „droga szamana” wasilija machanienki. tam bohater zostaje przeniesiony (przymusowo, w ramach kary) do czegoś w rodzaju gry komputerowej. to co stworzył dinniman jest oparte na podobnym założeniu. zresztą tytułowe dungeon crawler to też typ gier, gdzie prowadzi się eksplorację lochu i schodzi coraz głębiej w podziemia. żeby nie szukać daleko, o cyklu gier „diablo” pewnie wszyscy słyszeli. na amazonie jest autentycznie masa książek litrpg. masa.
to pierwszy tom cyklu, a w zasadzie chyba cyklonu – jest już 7 tomów, 8 zapowiedziany, a ma być 10 albo i więcej. sprzedało się ponad 6 mln egzemplarzy, będzie komiks, serial, gra planszowa. no to hicior, nie? ciekawostką jest, że wersja papierowa różni się od elektronicznej. papierowe książki wydaje penguin random house (a ściśle to ich imprint, ace books), natomiast ebooki wydaje sam autor (to dandy house to w zasadzie selfpublishing autora). penguin zainteresował się tematem dopiero, kiedy cykl zdobył już sporą popularność, wcześniej to było wypuszczone własnym sumptem przez autora. przeszło gruntowną redakcję, korektę, zmianę okładki, dodanie bonusowego materiału. nie spotkałem się chyba z tym, żeby autor sprzedał wydawnictwu prawa do książki, ale bez ebooków. więc to co mam to chyba ta wersja au naturelle, pierwotna, ale też nie mam pewności. na portalu fandomowym jest, że to okładka trzeciego wydania. to nie wiem.
fabularnie koncepcja jest taka: świat się kończy ze względu na najazd kosmitów, główny bohater wraz z kotem zostaje przeniesiony do lochu (dungeon) i bierze udział w czymś pomiędzy grą a reality show. jak uda mu się wygrać, to powiedzmy że uratuje świat. i siebie. no i jest jak w grze, przechodzi tutorial, bije się z goblinami, zdobywa ekspa, awansuje postać (czyli siebie), zdobywa osiągnięcia. pojawia mu się przed oczami interfejs użytkownika, poziom życia, komunikaty które zamyka się iksem w prawym górnym rogu itd. co chwilę dostajemy informacje o postępie w grze – jakie to parametry awansowały bohaterowi, jakie punkty dostał, jaki ekwipunek. są klasy, rasy, przeciwnicy o różnym poziomie trudności. żeby było jasne – to nie jest tak, że bierze udział w grze tj. kontroluje jakiegoś awatara w świecie gry, on sam jest postacią w grze i sam musi po lochu biegać, potwory zabijać, pić mikstury etc. są też inni gracze, którzy mogą być nastawieni na współpracę albo na wyeliminowanie innych zawodników. poza typowym rpg jest jeszcze element oglądalności, widzowie śledzą swoich ulubionych graczy, to też się wiąże z możliwościami ich wsparcia. jak w „igrzyskach śmierci”. autentycznie po przejściu pierwszego poziomu (ok. 50% książki) carl i donut udzielają wywiadu w talk show poświęconym zmaganiom.
faworytką fanów cyklu (i widzów gry w samej książce) jest kot bohatera (kotka), w oryginale princess donut (princess donut the queen anne chonk), czyli księżniczka pączek lub podobnie, nie wiem jak to przetłumaczyli. por. okładka. na początku zwykły kot, później gadająca kotka z brytyjskim akcentem, tiarą i zdolnościami magicznymi. i dinozaurem. no tak bywa. kompletnie overpowered, ale jakoś się to za bardzo w akcji nie przejawia.
tak sobie wyobrażają donut na fandomowej stronie poświęconej dungeon crawler carl.

ciekawe jaką klasę postaci dostałaby świnia w tej grze? obstawiam nekromantę. albo paladyna.

cały ten dungeon (loch, miejsce gry) ma 18 poziomów, trzeba przechodzić coraz to głębiej, do tego na czas. stawka jest wysoka, bo jak się przejdzie całość, to odzyskuje się swoją planetę – czyli carl niejako uratowałby świat. oczywiście dość szybko dowiadujemy się, że max co w historii gry osiągnięto, to poziom 13. można założyć, że skoro ma być 10 tomów cyklu, to jemu akurat się uda przejść całość. pierwszy tom, tu czytany, to poziomy 1-2. wychodzi mi, że książek wystarczy na tak ~14 poziomów? ciekawe jak zdecyduje autor.
nie wiem co o tym myśleć. założenie tej książki jest tak absurdalne, że trochę mnie to pokonało. dlaczego kosmici mieliby zorganizować zawody w potencjalne przetrwanie planety na sposób ziemskich gier komputerowych – nie wiem. czy kosmici mają takie same gry komputerowe jak my? oczywiście że to jest fantasy, więc występuje konieczność tzw. zawieszenia niewiary, ale przerosło mnie to. czytałem w odniesieniu do tej książki, że to takie romantasy dla facetów. jak sądzę ma to wskazywać na dość niski poziom literacki i nastawienie na emocje, a że pany lubią gry komputerowe, w tym rpg, do tego żeby jeszcze w książce był humor i żeby przeklinali – no to jest to ukierunkowanie na ten sektor rynku. po pewnym przemyśleniu, jest to nawet jakaśtam prawda, czy wersja prawdy. z drugiej strony to w zasadzie całe militarne sf to w pewnym sensie taka męska kategoria literatury, nie trzeba od razu brnąć w książki co to jednocześnie są grami komputerowymi.
ale fabuła nie taka ważna, przecież to humorystyczne fantasy a nie hard sf. najważniejsze pytanie: czy to jest fajne. jest fajne i nawet w swojej konwencji całkiem dobre. czyta się to lekko i szybko, bo nie ma żadnego drugiego dna, ukrytego znaczenia czy coś, jest zwyczajnie akcja. trochę jakbym oglądał na youtubie jak ktoś przechodzi grę rpg, z komentarzem. ale dlaczego to zdobyło taką popularność (tak ta książka, jak cały gatunek), tego nie rozumiem.
kosztowało mnie to 1 dolara i 4 centy. nie nudziłem się, książka jest dobrze napisana i raczej prostym językiem, do słownika nie trzeba sięgać. dużo humoru, dużo zaskoczeń, po jakimś czasie fabuła jest nieco powtarzalna (a to dopiero pierwszy tom), ale jednak czyta się to z zainteresowaniem. przyjemnie spędziłem czas, do tego za grosze, nie mogę narzekać. mam dwa kolejne tomy i na pewno zrobię do nich podejście. nie jest też tak, że jest to coś zupełnie innego niż się spodziewałem, bo nie spodziewałem się niczego. dalej nie rozumiem tego litrpg. książce daję 4/5. czy to mnie przekonało do przeczytania jeszcze czegoś z gatunku – na ten moment nie odpowiem, może się kiedyś wciągnę.
16/2026: isaac asimov „pozytonowy detektyw”

wydawnictwo rebis, 2023
pomimo zapisu na okładce „część pierwsza”, to druga część cyklu „roboty” autora, pierwszą część (zbiór opowiadań „ja, robot”) czytałem w styczniu. tutaj już pełnoprawna powieść. w oryginale ma tytuł „caves of steel”, jaskinie ze stali, tłumacz zdecydował się na coś mniej poetyckiego jak widać. a oryginalny tytuł miał sens, bo ludzie w przyszłości nie za bardzo lubią naturalne światło, naturalne powietrze, świat jest mocno przeludniony – żyją trochę jak jaskiniowcy.
fabuła jest taka, że jest rok ok. 5000 i ludzkość się rozprzestrzeniła na wiele układów planetarnych i teraz wadzi się ze swoimi, w jakimś sensie, potomkami – przestrzeńcami. i jednego przestrzeńca zabijają, morderstwo. to mamy detektywa, nawet dwóch, bo sprawę prowadzą w ramach porozumienia ziemianie i przestrzeńcy. jeden ludzki (elijah baley), jeden pozytonowy, czyli robotowy (r. daneel olivaw). jak doszło do tego, że akurat policjanci z nowego jorku mają prowadzić sprawę – nie bardzo rozumiem, mało istotne. tu ciekawszy jest sam nowy jork, który jest miastem przez duże m, czyli w zasadzie megakompleksem budynków zamkniętych w innym budynku. i prawie cała ziemska ludzkość w takich miastach mieszka. ludzie tam żyją trochę jak w chruszczowkach, ciasno, bez kuchni, bez łazienek – bo mają jeść w stołówkach i kąpać się w łaźniach, kwestia wydajności. ale niektórzy mają i kuchnie i łazienki i nawet miejsce do siedzenia w komunikacji, bo społeczeństwo jest jakieś mocno klasowe. protagonista ma klasę c5, więc może mieć umywalkę na kwadracie i marzy o c6, bo dostanie miejsce do siedzenia jak będzie jechał do roboty.
nie wiem, całe to śledztwo jest dla mnie ekstremalnie nieprzekonywujące, rozwiązanie zagadki bardzo dziwne i trudne do zaakceptowania. no ale znowu – w latach 50. musiało robić wrażenie. na pewno jest to dużo, dużo lepsze niż poprzedni tom, zbiór opowiadań. tu jednak bardziej spójnie, sam robot ciekawszy, nawet jeśli na trzecim planie. zaskakująco dużo rozważań o biblii. jednak wolę bardziej współczesne sf.
kosztowało mnie to 25,31 zł na woblinku. dlaczego aż tyle zapłaciłem? nie mam pojęcia. jeszcze trzy tomy tego są, raczej trzeba się będzie trochę zmuszać. kolejny najwcześniej za pół roku.
17/2026: k.j. parker „sixteen ways to defend a walled city”

orbit, 2019
dawno dawno temu mag wydawał książki k.j. parker, wydali chyba dwie i przestali. co mnie nawet nie dziwi, bo jedną zacząłem czytać (też dawno temu, jakoś zaraz po pierwszym kindlu). zapamiętałem tyle, że działo się w jakimś alternatywnym starożytnym rzymie i było ekstremalnie nudne. nie wiem czy dałem radę dotrzeć do 100 strony, pewnie nie. nikt później książek autorki u nas nie wydawał, tej tu czytanej też nie. blurb mnie zaciekawił, ale nie aż tak bardzo żeby to kupić – znalazłem wersję, nazwijmy to, przedzakupową. ciekawostka, że z dziesięć lat temu okazało się, że ta autorka nie istnieje. do bycia k.j. parker przyznał się tom holt, w polsce znany mniej z wydanych książek, a bardziej z felietonów w nowej fantastyce.
powieść jest o oblężeniu miasta (tłumaczenie dosłowne to „szesnaście sposobów na obronę miasta warownego” i jest pierwszym tomem trylogii „the siege”, czyli właśnie „oblężenie”). znowu świat cokolwiek starożytny, wzorowany na coś pomiędzy rzymem i bizancjum, nawet jeżeli imperium to imperium roburów, a imperialni mają niebieską skórę. magii nie ma. teoretycznie to jest pierwszoosobowa relacja wydarzeń, spisywana po latach przez bohatera, który czuje że los wyznaczył mu taką rolę kronikarza. główny bohater, orhan, to porucznik wojsk inżynieryjnych. nie jest jakiś szczególnie lubiany wśród notabli, bo a) ma nieodpowiednie pochodzenie, b) to jest taki trochę kombinator, nie za bardzo lubi jak mu się wydaje rozkazy, bardziej niż o całą armię dba o własny oddział. ale jednak fachowiec, głównie od mostów. ludzie z oddziału, którym dowodzi szanują go i kochają niezmiernie. jak przychodzi co do czego, to organizuje obronę miasta. i to jego pragmatyczno-kombinatorskie usposobienie działa idealnie. sam orhan jest niski, raczej słaby, nie lubi jeździć konno, bohaterski nie jest wcale, walczyć nie umie. no żołnierzem jest tylko z nazwy.
o co chodzi z tytułem: bohater zaraz przed rozpoczęciem oblężenia ma taką konkluzję, że w podręcznikach strategii, taktyki i wojskowości pisanych przez najmądrzejszych generałów jest piętnaście sposobów na obronę miasta. wszystkie zakładają coś czego on nie ma – przewagę wojskową, lepsze uzbrojenie, pieniądze etc. on musi wymyślić szesnasty sposób, czyli jak obronić miasto nie mając nic, same handicapy. w mieście nie ma wojska ani w zasadzie żadnych oficjeli, więc przejmuje władzę totalną, zostaje w zasadzie cesarzem. dogaduje się z gangami, mianuje znajomych na stanowiska cokolwiek ministerialne, zaczyna bić własną monetę, rozpoczyna konstrukcję maszyn oblężniczych. no o wszystkim myśli.
przyznaję, że nie jest to pisane tak prostym językiem jak te ostatnio czytane, parę razy do słownika musiałem się udać. językowo jest całkiem dużo humoru, ale przede wszystkim sarkazmu i ironii, również autoironii. sporo opisów jest poświęconych maszynom inżynieryjnym, artyleryjskim, oblężniczym. ale jest też taki vibe trochę awanturniczo-łotrzykowski, trochę mam skojarzenia z „kłamstwami locke’a lamory”
bezwiednie trafiłem na książkę o podtypie wcześniej nieznanym – competence porn (porn to nie zawsze jest typowa pornografia, chodzi o eksploatowanie emocji czy coś zachwycającego, np. magda okraska pisze poverty porn, książki o biedzie i marginesie, a ja na reddicie od lat oglądam unixporn, czyli zdjęcia ładnych desktopów linuksa). competence porn czyli literatura przedstawiająca ludzi skutecznych, kompetentnych, dobrych w tym czym się zajmują. podobno to jest typ przede wszystkim serialowy („the pitt” jest podawany wszędzie jako przykład, do tego na wikipedii podają jeszcze „leverage”, „dyplomatkę” i „apollo 13”, pewnie „marsjanin” też by wszedł). ludziom podoba się oglądanie, jak specjaliści rozwiązują skutecznie problemy, pewnie dlatego że w życiu jest trudniej. tv i filmy ok, w książkach się z tematem nie spotkałem.
opinie na goodreads są mocno podzielone, dużo minimalnych. głównym zarzutem jest, że książka jest rasistowska (bo główny bohater jest biały, a inni nie mają tego szczęścia), seksistowska i queerfobiczna. chyba nie do końca rozumiem co to znaczy (to to samo co homofobiczna? czy co? żadna postać w książce nie jest lgbt, więc skąd ten zarzut?), ale nie szkodzi, nie będę się wgłębiał. mnie się podobało, momentami bardzo. dam chyba 5/5 na gr. jedyne co mi się nie podobało, to postać głównego przeciwnika, dość dziwnie skonstruowana, no i zakończenie, dość smutne:
no trzeba będzie się zebrać i wydać te ciężko zarobione dolary na książkę i dalsze tomy.
18/2026: césar aira „epizod z życia malarza podróżnika”

wydawnictwo artrage, 2025
przeczytałem wszystko co mi wybrała małżonka i jeszcze było parę dni, więc wziąłem coś spoza listy, tak na dobicie. no i chyba błąd, pokonało mnie to. mądrzy ludzie piszą, że aira to będzie przyszły noblista, że piękne cudowne, że cośtam, ale to nie dla mnie. albo nie mam potencjału intelektualnego tymczasowo i nie umiem tego docenić za pierwszym czytaniem, wskazane drugie i trzecie, albo jestem za głupi i nieważne ile razy to przeczytam to nie dam rady.
fabularnie to nie jest jakieś bardzo skomplikowane, jest malarz-naturalista-podróżnik: rugendas, jest podróż (przez amerykę południową) i książka przedstawia epizod z życia malarza podróżnika, który akurat ma miejsce w trakcie tej podróży. otóż pan sobie dyskutował o filozofii sztuki czy fizjonomii przyrody, jechał konno szukając inspiracji i tym pierdoleniem najwyraźniej rozgniewał zeusa, thora albo peruna, bo go piorun szczelił. przeżył, ale mu japę upaliło, jest nie do rozpoznania (wierzę) i potrzebuje morfiny i narkotyków żeby go nie bolało. i pan bierze tyle tego stafu, że kontakt serwis. więc ma wizje, snują mu się jakieś utopie, jakieś postaci, no wiadomo, krecha za krechą.
nie mogę powiedzieć, żeby ta książka była zła. nawet jeżeli na początku jest nudna, a później niekoniecznie zrozumiała. napisana ładnym językiem, widać że wycyzelowane, być może to zasługa bardziej tłumaczki, nie wiem. dla mnie pan autor się nie musi tak starać, jam nie taki koneser. momentami może trochę zbyt ozdobny język jednak. może trochę za bardzo coelho.
Prostota przenikała każdy element jego obrazów, nadając im perłową świetlistość wiosennego poranka.
Zmierzchy wybuchały w optycznych eksplozjach, które cisza rozciągała w nieskończoność.
na początku to bardziej pisane tak sucho, później jak już pan daje w żyłę to język też się zmienia. ale gdyby nie to, że książka ma ok. 100 stron, to bym nie dał rady. jednak jak żona wybierze to lepiej się czyta.
biblioteczka
krótkie świńskie nóżki nie pozwalają szarżować. publio +3, bo wyszła nowa książka katarzyny rupiewicz, w promocji była też ostatnia książka ziemowita szczerka, o tym co zawsze. + jakiś wynalazek roberta szmidta o telepatach, za 9 zł mogę sprawdzić. artrage +1. czyli łącznie kupiłem (dla siebie) 4 książki w normalnych księgarniach. bardzo dobrze. żona wzięła jakieś kryminały, katarzyny bondy i kogośtam, się lubuje w zbrodniach. i trupach. i zwyrodnialcach. i dwie ostatnie albatrosowe butikowe, w tym ulubioną daphne du maurier.
od dłuższego czasu na grupach sf polecają sobie książkę claire north „slow gods”. z blurba i dyskusji wychodzi, że to może być naprawdę ciekawe. a że na początek marca amazon wrzucił to za $1.16, czyli jakieś 4,20 zł, to nie mogłem nie wziąć. to jest cena kostki tofu (o ile jest promocja), bochenka najtańszego chleba w auchan, połowy espresso na mieście. nie wiem, czy widziałem jakiegoś ebooka w polskiej księgarni w takiej cenie, u nas jak spada do 20 zł to jest bardzo dobrze, a jak spada do 15 to już trzeba brać, taniej nie będzie. na amazonie potrzebna jest cierpliwość, a ja mam i cierpliwość i duży zapas książek. do tego przydaje się chęć codziennego przekopywania amazonowych promocji, czyli wielkiego morza gówien, głównie selfów, w poszukiwaniu pojedynczych pereł. nawet nie pereł, ale czegoś akceptowalnego. czy ktoś kiedyś wyda „slow gods” po polsku? pewnie tak, ale teraz to mi trochę mniej zależy. z drugiej strony – nie ma się co napalać, ta autorka do tej pory raczej pisała young adult, może nie będzie takiego szału. no ale za czwórkę to się można nawet i rozczarować bez stresu.
i tak sobie wędruję po amazonie codziennie (bo codziennie nowe promki) i czasem tu coś wyłowię za dwa dolce, tu za trzy, czasem nic nie znajdę. np. ben bova „mars” za $2? czemu nie. zbiorki timothego zahna po półtora? biorę. przecież u nas bym się tego nie doczekał nigdy. „kultura” iaina m. banksa? w polsce chyba dociągnęli do 3 tomu, dwukrotnie, i umarło. to dodam do kolekcji. na tym etapie jeśli chodzi o samą liczbę pozycji kupowanych miesięcznie, to amazon jest na pierwszym miejscu u mnie. to ma oczywiście poważną wadę – przywiązuje mnie do kindla, bo na niczym innym tego czytać nie mogę. więc z kindla na kindla. ale na ten moment to nie problem, bo jakoś mi z tym kindlem dobrze i nie rozważam zmian.
chrumkanie
jednolita w sposób bardziej naukowy
to powinno być zachrumkane w lutym, ale nie zauważyłem na czas. polska izba książki opublikowała raport, na temat tego czy jednolita cena książki ma sens w rozumieniu ekonomicznym. próbowałem się z tym zapoznać, z dużym dość zaangażowaniem, i chyba poległem. pan profesor na kilkudziesięciu stronach raportu próbuje wykazać, że da się wprowadzić jednolitą cenę książki bez podwyższania ceny dla użytkownika końcowego. to jest teza, która nie wymaga jak dla mnie szczególnych dowodów i odpowiedź wydaje się oczywista dla jak sądzę każdego zdrowo myślącego człowieka lub świnia. oczywiście, że się da tak zrobić, bo excel przyjmie w sumie wszystko. z całą pewnością da się tak poprzestawiać suwaki parametrów, że matematycznie się to zepnie. tylko jakoś mam pewne wątpliwości, czy dystrybutorzy będą tak z uśmiechem siedzieć i czekać na to przekopanie ich biznesu, ponieważ żeby ten biznes się kręcił, te 4 podmioty (wydawca dystrybutor sprzedawca i nabywca/czytelnik) jakoś muszą się dogadać. a siła rynkowa danego podmiotu jest dość jednak nierównomierna, czego chyba nie da się wyrazić cyframi. dla niedużego wydawcy literatury popularnej, to nieistnienie w empiku i świecie książki to chyba jest nieistnienie w ogóle, więc trudno powiedzieć żeby miał taką samą pozycję jak np. olesiejuk. gdyby to było takie proste, to już dawno by któryś wydawca posłuchał wezwania „to weź se załóż swój empik”.
nie będę się silił na jakieś analizy tej analizy, bo nie jestem profesorem z sgh, zwrócę tylko przyszłemu sobie uwagę na tę parę rzeczy, które mnie zdziwiły:
- średni upust oraz mediana upustu na książkach elektronicznych są niższe niż na książkach w twardej i miękkiej okładce (strona 32). to się wydaje empirycznie jakieś takie nieprawdziwe?
- podstawowe założenie analizy to brak wzrostu cen dla konsumenta indywidualnego (strona 5).
- tabela na stronie 49 pokazuje jak jest dzisiaj: dystrybutor bierze max 21% ceny rekomendowanej, księgarnia bierze 24%-cena sprzedaży. konsument płaci średnio 75% ceny rekomendowanej.
magazyn książki
nie wiem na ile to prawda, ale jest duża szansa, że agora zaorała swój „książki. magazyn o czytaniu”, czyli chyba jedyne pismo o książkach, które na siebie zarabiało. czy faktycznie zaorała, być może, ale na pewno zwolniła dwóch redaktorów, którzy to pismo zakładali – kurkiewicza i grzymisławskiego. na ich miejsce powołano nowych naczelnych, w tym wojciecha szota. kiedyś miałem prenumeratę, ale i tak nie czytałem od deski do deski (mało co tak czytam). gdyby miało zniknąć, to pewnie trochę szkoda, ale smutku nie odczuję. tylko dziwi mnie ten ruch, przy doniesieniach z zachodu o renesansie czytania książek, że księgarnie prosperują, że powstają nowe kluby czytelnicze etc. ewentualna rezygnacja z magazynu wydaje trochę ruchem nieprzyszłościowym. a raczej zwolnieni z agory panowie nie założą kolejnego pisma w temacie, bo zwyczajnie nie ma chyba (jeszcze) przestrzeni na kolejne pismo ogólnoksiążkowe. mówię kolejne, bo to by były chyba 3, licząc jeszcze „nowe książki”.
obroty
artrage założyło swój imprint, poświęcony niereportażowej literaturze non-fiction. spodziewałem się tego. na razie mają kilka pozycji, głównie eseistycznych. no spoko. może z jedną kupię. kiedyś. sam naczelny mówi o powodzie stworzenia nowej marki:
Więc póki co to nastawiamy się więc na bycie na zero (to kółko w logo obrotów – myślicie, że to planeta, a to jest kwota jaką na tym zarobimy). A wy sprawdźcie dlaczego i zajrzyjcie na stronę obrotów, albo posłuchajcie podcastu, gdzie staramy się możliwie jasno wyłożyć co i jak, ale niekoniecznie „dlaczego”. Bo to jest od dawna jasne: dla beki.
nagrody nowej fantastyki
pojawiła się longlista, ale nie o to chodzi, nic szczególnego się tam nie pojawiło. co jest zabawne: wydawnictwo mag ma 1 nominację, vesper 3, fabryka słów: całe 0. a artrage, które brzydzi się fantastyką, ma 4 nominacje.
będzie nowe legimi
uokik w końcu się wyjajił z postępowaniem koncentracyjnym w sprawie utworzenia nowego gracza na rynku subskrypcyjnym. a bawili się z tym od kwietnia 2025. o co chodzi:
Nowo utworzona spółka ma koncentrować swą działalność na udostępnianiu konsumentom książek w formie cyfrowej: audiobooków i e-booków. Spółka ta ma być dodatkową – w stosunku do istniejących, w tym dominujących na rynku, platformą oferującą książki w formie cyfrowej. Utworzenie jej pozwoli na zwiększenie konkurencji na tym rynku z korzyścią dla konsumentów oraz na zwiększenie transparentności sprzedaży audiobooków i e-booków dla wydawców.
kto złożył wniosek: Dom Wydawniczy Rebis sp. z o.o., Dressler Dublin sp. z o.o., Grupa Wydawnicza Media Rodzina sp. z o.o., Muza S.A. , Prószyński Media sp. z o.o., PUBLICAT S.A., Społeczny Instytut Wydawniczy ZNAK sp. z o.o., Wydawnictwo „Nasza Księgarnia” sp. z o.o., ZYSK I S-KA Wydawnictwo Tadeusz Zysk, Aldona Zysk sp. j.
no i dostali zgodę.
czyli: wydawcy zrzeszeni uprzednio w platformie dystrybucyjnej wydawnictw (chociaż bez literackiego) dostali zgodę na utworzenie jednej spółki, która ma robić to samo co robi legimi. chyba nieprzypadkowo w komunikacie pisano o „zwiększeniu transparentności sprzedaży”, bo wniosek złożyli w trakcie (albo zaraz po) afery legimi, o której chyba wszyscy już zapomnieli. wg dobrze poinformowanych ludzi z internetu, pdw nie czekało na decyzję uokik, już zrekrutowali ludzi, zrobili infrastrukturę informatyczną, temat mają mocno przygotowany. co można założyć: już za chwileczkę, już za momencik, oferta legimi zacznie się odrobinkę odchudzać. nie sądzę, żeby wszyscy ci wydawcy wycofali swoje pozycje z katalogu legimi, ale jeżeliby tak się stało, to chyba trochę katastrofa, nie? dla klientów, ale przede wszystkim dla legimi.
rincewind w bytomiu
wydawnictwo silesia progress, czyli takie powiedzmy walczące o popularyzację języka śląskiego, zamierza wydać „kolor magii” pratchetta w wersji śląskiej. na stronie katedry jest fragment, chyba pierwszego rozdziału, bardzo polecam przeczytać, bo jest to wyjątkowo zabawne, dużo lepsze niż np. blurb:
We świecie na puklu wielkigo żōłwia (niywiadōmyj płci) napoczyno sie pofyrtano, wybuchowo, a cudnie ekscyntryczno rajza. Mōmy sam gulikowego czarodzieja, najiwnego turysty z bagażōm na małych szłapkach, drachy, co istniejōm, ino jak w nie wierzisz, i, snadnōm rzeczōm, sōm Rant tyj dyskowyj planety.
goodreads choice awards
zakończył się dupny plebiscyt goodreadsowy, nie wątpię że śledzą go również więksi polscy wydawcy literatury popularnej. co mnie zainteresowało:
- gr ma osobne kategorie: science fiction, fantasy, young adult fantasy and sci-fi, romantasy. i to jest bardzo rozsądne.
- w kategorii sf oddano 289,933 głosy i to jest trzecia od końca kategoria wg popularności. w kategorii fantasy ponad 500 tysięcy. w całym plebiscycie „książka roku 2025” na lubimyczytać oddano 277 tysięcy głosów, we wszystkich kategoriach łącznie.
- w sf wygrało „the compound” autorki aisling rawle, dowiedziałem się o jej istnieniu z ogłoszenia wyników. wg blurba to jest połączenie „love island” i „black mirror”. nieszczególnie mnie to pociąga. w zasadzie wszystko co wydaje się interesujące, zajęło miejsce 10 (czajkowski) i dalsze.
- w fantasy to interesuje mnie może 20% nominowanych. nie do końca rozumiem, gdzie gr stawia granice między romantasy a fantasy, ponad połowa nominacji wydaje się być skażona.
darmo to uczciwa cena (darmowych obiadów nie dają)
trochę się michał michalski z artrage odpalił na facebooku:
Jest 9 rano w poniedziałek, a ja dostałem już 3 maile z zapytaniem / prośbą o przekazanie książek dla biblioteki, uczelni oraz kongresu naukowego jako uzupełnienie zbiorów / darowizna / upominki, żeby było fajnie / miło / szczęśliwie. Bo książki są takie fajne, świetne nawet, najlepszy upominek oraz wielka wartość, wiadomo. No tak, wiadomo. Tylko skoro wiadomo, to dlaczego nikt nigdy, łącznie z podmiotami zajmującymi się kulturą czy obok niej działającymi, nie chce za nie płacić. Czy te podmioty piszą do pizzerii, że macie świetną pizzę i chcielibyśmy zjeść trochę pizzy, i w ogóle podarować waszą pizzę uczestnikom naszego zjazdu miłośników kuchni włoskiej w ramach upominku, więc proszę przekażcie nam 140 pizz za darmo, będziemy bardzo wdzięczni (tylko bez ananasa)? Nie? Kurwa dziwne. Ciekawe dlaczego.
Wiecie, poniekąd problem jest trochę gdzie indziej. Biblioteki np, mają budżet na książki. Znaczy to więc, że wydały już ten budżet na inne książki (nie nasze), albo nie chcą wydać budżetu na książki, na nasze książki, ale by je chcieli za darmo. No jest to nieco irytujące, rozumiecie, zwłaszcza w pewnym natężeniu.
nagrody lubimyczytać
- niech już ktoś zabierze prowadzenie gali mellerowi, tego się nie da słuchać.
- twardoch wygrał za najlepszą powieść, ładnie mówił, z sensem, nie rozumiem tylko fryzury.
- siembieda to już dostał chyba tyle nagród, że już naprawdę mu się nie chce.
- człowiekiem książki została zocharett, w cywilu kamila kolińska. tytuły losowych filmów na jej kanale: „MAKÓWKAMUSIC NIE POTRAFI PRZYJĄĆ KRYTYKI”, „PRZECZYTAŁAM EROTYK O OGRZE”, „ROMANS O DOJENIU MINOTAURÓW”, „FINAŁOWY TOM ROMANSU KOBIET ZE SZTUĆCAMI”.
- najlepszą książką sf została książka remigiusza mroza, w zasadzie na tym etapie mógłbym to wyłączyć.

na tym kończę.