przeczytane
31/2026: paweł majka „aż zobaczycie ogień”

drageus publishing house, 2025
o drageusie chyba jeszcze nie było, to pierwsza książka od nich jaką czytam. kiedyś wydawnictwo wydające wyłącznie militarne science fiction, cyklami – craig alanson, b.v. larson, evan currie. nie do końca moje klimaty, ale był na to rynek. od paru lat jakoś tak zaczęli dryfować w stronę polskich autorów, taki drugi/trzeci garnitur (tur, rafał dębski, pawlak, saulski) i paru kompletnych nonejmów, głównie fantasy. ostatnio wrzucili katarzynę rupiewicz ze śląskiego klubu książki, o której już parę razy pisałem. chyba paweł majka to najgłośniejsze nazwisko w ich portfolio, w każdym razie pierwsze nominowane do poważniejszych nagród.
pierwsza dla mnie książka od drageusa, ale nie pierwsza pawła majki. facet jest znany głównie ze względu na cykl „mitoświat”. miałem jego książkę „pokój światów”, z tego cyklu właśnie, wydaną przez genius creations w czasach względnej świetności, papierową. to chyba jego debiut powieściowy był. nie pamiętam z tego nic, ale podobało mi się. i miał opowiadanie w „antologii polskiego cyberpunka”, to akurat pamiętam doskonale i czasem do niego wracam, to podobało mi się bardzo. a skoro „aż zobaczycie ogień” zostało nominowane do nagród żuławskiego i zajdla, to dobry moment żeby do autora wrócić.
otóż nowy gatunek objawił się mym świńskim oczkom – eastern. eastern to taki western, tylko że w konotacjach wschodnich. wschodnich nie że jakieś chińsko-japońskie, tylko takie wschodnioeuropejskie. a znalazłem też recenzję, że to książka w konwencji flintlock fantasy – prochowej fantasy? zamkowo-skałkowej fantasy? zabawne nawet, znowu coś o czym nie słyszałem.
w każdym razie tenże eastern – czyli estetyka rewolwery, kapelusze, skórzane płaszcze, kolej żelazna por. okładka – dzieje się w świecie cokolwiek innym niż nasz, a jednocześnie ekstremalnie podobnym. nie zgadzają się nazwy państw i miast, ale w zasadzie już od pierwszego rozdziału nie ma wątpliwości, że trójkrólestwo to coś jak polska (kraj dziczy i lasów zresztą), ci drudzy, źli, to coś jak rosja (złowrogie imperium, gdzie wszyscy mają typowo ruskie nazwiska, coś pomiędzy białą rosją, sowietami i prawosławną teokracją). jest sprzymierzony z imperium stepowy kraj, gdzie ludzie noszą osełedce i ich przeciwnicy z południa, z typowym wajbem turecko-osmańskim. i jest żelazny kanclerz czy tam cesarz na zachodzie. więc niby wymyślony świat, ale w zasadzie to jednak rzeczywisty w kostiumie.
podobieństwa się trochę kończą, bo jest magia. jeden z protagonistów, szodar, jest cudarzem. to nie jest taki magik jak gandalf czy harry potter, bardziej szaman, czerpie moc magiczną z rodzimej ziemi. jako namiastka rodzimej ziemi może wystąpić np. śliwowica z lokalnych śliwek. no nawet koncept ciekawy, nacjonalistyczni magowie. szodar jest łowcą nagród, trudni się poszukiwaniem ludzi, przede wszystkim ściganych przez sądy i możnych, jest tu daleko na horyzoncie blask wiedźmina. akcję widzimy nie tylko jego oczami, bo bohaterów jest więcej, rozdziały się przeplatają. co rzadko się zdarza, wszystkie pov są ciekawe, nie ma takiego poczucia że czeka się na powrót do opowieści tej konkretnej postaci.
generalnie: przygodówka fantasy, raczej klasyczna, nic nowoczesnego i nic nadzwyczajnego. na plus, że autor ogarnia rozwój akcji, są jakieś zaskoczenia fabularne, jakieś napięcie. w miarę dobra zabawa, bez szczególnej głębi, bez filozofii, kiedyś fabryka słów wypuszczała dużo książek tego typu. wydawca cośtam pisze, że to opowieść, która redefiniuje gatunek. no nie, nie, daleko, nic to nie redefiniuje bo to nic diametralnie nowego. z czytanych względnie niedawno pozycji, to najbardziej kojarzy mi się debiut marcina świątkowskiego, „psy pana”. strata czasu to nie jest, czyta się gładziutko i szybko, żadnych dłużyzn, rozdziały nie za długie nie za krótkie. ale nominowanie tego do najlepszej powieści roku jednak wskazuje, że ten rok jakiś wybitny nie był.
9,90 zł mnie to kosztowało. fajnie.
pod koniec 2026 ma być kontynuacja, jeżeli będzie w dobrej cenie to pewnie przeczytam.
32/2026: bartek biedrzycki „zimne światło gwiazd”

wydawnictwo ix, 2020
o wydawnictwie dziewiątek już parę razy było, jak ktoś chce więcej to kol. mutahominid nagrał film o nim niedawno.
zbiór opowiadań, ale powiązanych światem. a świat jest nie byle jaki, bo to alternatywna historia prl (tutaj prd, demokratyczna), gdzie polandball jednak can into space. okolice lat 70. xx wieku na początku, 2014 na końcu. to się chyba nazywa retrofuturyzm?
autora znam tylko z powieści pisanych do uniwersum stalkera, kiedyś fabryka słów miała taki koncept, chyba zgapiony z uniwersum metro 2033. metro było w kijowie, ale przecież w innych systemach metra w innych miastach też mogą się ukrywać ludzie? no to zatrudnimy lokalnych autorów do napisania o np. metrze tam właśnie. więc były książki o metrze w moskwie, sankt petersburgu, rzymie, berlinie etc. nie szukając daleko, pisał tak choćby czytany przed chwilą paweł majka. i osadził akcję w nowej hucie, gdzie o ile wiem nie ma metra. fabryka pozazdrościła insignisowi i zrobili własne uniwersum, stalkerowe, „fabryczna zona”. nasrali tego ze 40 tomów, a trzy z nich stworzył bartek biedrzycki właśnie (nie wiem czy on jest oficjalnie bartek, tak ma na okładkach). tylko skoro ja nie czytałem nic z tego, to mogę w ogóle powiedzieć, że znam autora? przyjmijmy, że bardziej słyszałem o nim.
zapłaciłem 7,11 zł na ebookpoint. jak się można domyślać, na promocji – chociaż za bardzo tego nie pamiętam, dawno już to kupiłem.
książka to zbiór opowiadań połączonych bohaterami i trochę fabułą. historia alternatywna, gdzie druga wojna światowa trwała sporo krócej, polska przetrwała, związek radziecki nie upadł. to jest zasadniczy element fantastyczny tej książki, bo poza tym to są jednak opowieści o lataniu w kosmosie. początkowo nawet fajne, później coraz gorzej. pajacowanie z przeżyciami wewnętrznymi bohaterów – tam jest taki dość dziwny trójkąt miłosny, zupełnie niepotrzebny. od połowy już tak czytałem trochę z musu i rozpędu, nieszczególnie to było interesujące. momentami trochę zgapione z serialu „for all mankind”.
tragiczna redakcja albo korekta, względnie konwersja na ebooka. jest masa zdań niedokończonych, są literówki, błędy ortograficzne. 2+/5.
33/2026: konrad t. lewandowski „orzeł bielszy niż gołębica”

narodowe centrum kultury, 2013
książka będąca owocem ciekawego, chociaż krótko żyjącego, programu nck zwrotnice czasu, tak też nazywała się seria. w założeniach chodziło o historie alternatywne, a to, jak może grono czytelników wie, moja ulubiona część fantastyki.
Historie alternatywne to niezwykle elastyczna i stymulująca intelektualnie konwencja. Pytanie: co by to było, gdyby? pozwala nie tylko na badanie tego, co wydarzyło się naprawdę, ale także na tworzenie alternatywnych wariantów historii. Daje asumpt do poszukiwań historiozoficznych, całkiem praktycznie edukuje z geostrategii. Last but not least – uczy historii. Bowiem, żeby móc stworzyć świat alternatywny, trzeba najpierw świetnie poznać ten, którego alternatywę chce się stworzyć.
– opis ze strony narodowego centrum kultury
w praktyce było dość różnie. mam cztery książki z serii, z czego dwie należą do moich bardzo ulubionych: „wieczny grunwald” twardocha i „gambit wielopolskiego” adama przechrzty. ale pozycji było tam niemało, i to nawet takich zasłużonych pisarzy – parowski, inglot, wolski, orbitowski. nawet wojciech orliński się załapał.
opinie wobec samego konrada t. lewandowskiego są podzielone. niektórzy uważają go za zadufanego w sobie grafomana, za to inni za wyjątkowo trudnego we współpracy skrajnego egotystyka z poczuciem oblężonej twierdzy. dość długa rozmowa u piotra goćka pokazuje, że najprawdopodobniej oba stanowiska mają pokrycie w rzeczywistości.
tak „gambit wielopolskiego”, który przecież bardzo cenię, jak książka lewandowskiego są o powstaniu styczniowym. z tym że u przechrzty powstania nie było, tutaj powstanie wydarzyło się trochę inaczej. jest też zupełnie inny klimat, w gambicie to jednak wojsko przyszłości, tutaj steampunk xix wieku. powstanie się zaczyna, ale dzięki ignacemu łukasiewiczowi dysponujemy czymś pomiędzy czołgami a pancernymi pociągami z napędem spalinowym (naftowym). obserwujemy historię z perspektywy edwarda, młodego oficera kształconego we francji, który dostał zadanie wsparcia technologicznego dla wojska – zgłaszają się różni naukowcy i wynalazcy, on musi ogarnąć co z tych projektów ma iść na przemiał, a co się może przydać.
czego tu nie ma. sztyletnicy, emilia plater, john maxwell, daniel tesla (brat nikoli), czołgi, wifi i światy równoległe, bale, romanse, narodowy kościół polski, ekskomunika papieża na polakach, szpiegostwo i śpiewanie o jebaniu cara. wszystko jest bardzo patetyczno-narodowo-podniosłe. naczelnik traugutt daje niesamowicie odpowiedzialną funkcję głównemu bohaterowi, gościowi prosto po szkole oficerskiej, który nie wie nic o niczym. za to dwóch doktorantów przydanych mu do pomocy zna się na absolutnie wszystkim. dwie pobożne siostry bliźniaczki zapraszają pana oficera na trójkątny gruppensex, co wydaje mi się być nietypowe jak na lata 60 xix wieku, ale w sumie nie wiem czym się szlachta zajmowała. ten z kolei kieruje afekt ku pannie jadzi, co to jest chorążym ułanów (chorążą?) i adiutantką emilii plater. jak widzi ją drugi raz w życiu to się w niej zakochuje, a jak czwarty to już chce się żenić. jest dużo opisów technologicznych, przede wszystkim tych niby-czołgów, które z czasem urastają do naprawdę już monstrualnych rozmiarów, tak nieprawdopodobnych że nawet moje niewprawne oko już ma problem z zawieszeniem niewiary.
no trochę dużo tego jednak.
książka jest, w najlepszym wypadku, przeciętna. o ile historie alternatywne propsuję, to jest zwyczajnie takie se. są pozytywy, autor próbuje pokazać, że sukces powstania czy innej tam wojny zależy tak naprawdę od wielu różnych okoliczności i sukcesów, nie tylko bitew, to chyba nie wybrzmiewa aż tak znowu często. niestety, warsztat literacki autora trochę nie wystarcza żeby podołać aspiracjom.
mimo pozytywów, takie se. koncept to nie wszystko, wykonanie jest ważne, a wykonanie tutaj tak średnio wyszło.
34/2026: jacek dukaj „czarne oceany”

wydawnictwo literackie, 2011
skończyłem co miałem do napisania, w bólach, tekst oddany do redaktora to mogę sobie pozwolić na coś bardziej angażującego niż te podniosłe pierdoły lewandowskiego. od wydania „czarnych oceanów” minęło 25 lat, to chyba niezły moment żeby sobie tę powieść odświeżyć. czytałem to chyba ze trzy razy, ale nie jest obyczajówka czy fantasy magii i miecza, do dukaja się wraca i trzeba wracać, nawet jeżeli spacerek po parku to nie będzie. warto czytać dukaje nie dlatego, że nagrody (tutaj: sfinks i zajdel za najlepszą powieść) i nie dlatego, że są takie pogięte – ale przede wszystkim dlatego, że te wizje przyszłości jakie pokazuje autor są jedyne w swoim rodzaju, erudycyjne, gęste, filozoficzne. facet ma naprawdę dar opisywania ekstrapolacji rozwoju technologii i społeczeństwa, pod tym względem jego książki są świetne. gorzej, że często te książki są tak tym filozofowaniem nasycone, że aż nużące. ta taką właśnie jest.
pierwsze wydanie książki było w supernowej, jak pewnie wszystkich liczących się polskich autorów fantastyki w tamtych czasach. z dukajów miałem z supernowej „perfekcyjną” i „xavrasa wyżryna”, „oceanów” nie. jak wszystkie książki supernowej, uległy dezintegracji. teraz mam chyba wszystko w ebookach i do tego znaczną większość w twardej w wydaniach z literackiego.
to jest jedna z książek dukaja, która najbardziej rezonowały wśród odbiorców. powstawały o niej prace magisterskie (ta jest fajna) i doktoraty. są w miarę zwykłe recenzje (wyborcza), ale są i mocne rozkminy, np. geopolityczne (think tank strategy&future), gnostyczne (esensja) a nawet śledzące anty-woke i mizoginię (kasia babis w tej swojej serii o twórcach polskiej fantastyki, ale ona wszędzie widzi anty-woke i mizoginię).
nie będę opisywał fabuły ani bohaterów, bo to nie o to chodzi. pomimo, że czytam to po raz chyba trzeci, nie mogę być pewien że wszystko zrozumiałem. w zasadzie jestem pewien, że nie wszystko zrozumiałem, co przy czytaniu dukaja jest mniej więcej normalne. nie jest to co prawda próg wejścia „perfekcyjnej niedoskonałości” tegoż autora, ale to wcale nie znaczy, że książka prowadzi za rękę. jest tu dużo inspirujących koncepcji i w ogóle takiego smyrania neuronów, żeby przerwać czytanie i popatrzeć tępo w sufit. taki kluczowy, podstawowy wątek polega na zgłębianiu działania neuromonad, które poprzez myślnię atakują psychomemami. i na tym tle toczą się wojny – np. można przeprowadzić atak na prezydenta i jego otoczenie i zimprintować mu takie myśli i przekonania, by osłabiał kraj. albo na prezesa korporacji, żeby działał wbrew jej interesom. więc łatwo nie jest. to nie jest oczywiście jedyne co w książce, nawet tak hasłowo: transhumanizm, zmiany polityczne, wpływ telepatii na sprawowanie władzy, wojny ekonomiczne i monadowe, kontakt z obcymi (tj. pozaziemską formą życia), memetyka, metaksokracja, upadek państw narodowych na rzecz związków handlowych, projektowanie dna u dzieci i wirusy niszczące dna, rozpad więzi społecznych, oddanie zarządzania nad państwem sztucznej inteligencji, chaos genowy. nawet stroje bohaterów są ciekawe, z tymi wszystkimi nawiązaniami do xix wieku, halsztukami koronkami harcapami.
są niby książki sf, które próbują aspirować do bycia takimi właśnie inteligentnymi, pobudzającymi do myślenia. ostatnie co mi się nasuwa to „gdzie zakopano topór” raya naylera. jednak nigdzie nie spotkałem się z realizacją na tym poziomie, co u dukaja właśnie. problem, jaki mam z tą książką jest taki, że poza jakimś ogólnym poziomem mam duży problem ze zrozumieniem tego co się tutaj dzieje. te przełomy naukowe, jakie odkrywa bohater, mają duże znaczenie fabularne, a są przedstawiane w sposób zbyt skomplikowany dla kogoś bez odpowiedniego wykształcenia albo odpowiedniej determinacji w zgłębieniu tematu. w moim wypadku jedno i drugie.
trochę mnie zaskoczyło to, co dukaj sam mówi o tej książce (zob. wywiad w kanale zero, chrumkany w chrumkaniu), że jej nie cierpi bo jest fatalnie napisana. nie po to dukaje się czyta, żeby było ładnie i przyjemnie, ma być wizjonersko i jest, ale jakoś nie dostrzegam, żeby to było jakieś bardzo złe warsztatowo. ale też literaturoznawca ze mnie żaden. swoją drogą: jak to wydali, to on miał chyba 25 lat. i tak szacun. 18,86 zapłaciłem za ebooka, za papierową nie pamiętam. ale i tak warto. nawet samo poskrobanie książki po wierzchu, bez wgłębienia się w te koncepcje memetyczne, to dla mnie zdecydowanie topka polskiego sf.
biblioteczka
prześwity
wydawnictwo prześwity zrobiło promkę majówkową, -50% na ebooki. u nich pół ceny to i tak niemało, ale wziąłem sobie za te trzy dychy „wojnę, której nie chcemy” kozioła i wypartowicza. to jest książka o konflikcie militarnym polski z rosją i jak się do tego przygotowujemy, jaka technika, jakie oddziały, ile dywizji etc. widziałem kiedyś rozmowę na yt z autorami i bardzo mi się podobało, uznałem że kupię. no i nadszedł czas promocyjno-majówkowy, więc mam.
ix
nie wiem czy można to nazwać promką majówkową, ale wydawnictwo ix wypuściło ebooka „ku gwiazdom. antologia polskiej fantastyki naukowej”. co roku jest wydanie antologii, teraz wypuścili za 2025. opowiadania do antologii są dobierane albo przez polską fundację fantastyki naukowej albo w jakieś współpracy z nimi. pewnie latałoby to lepiej, gdyby w fundacji nie rządził gość co jest narcystycznym pojebem (zresztą sam siebie też publikuje w tych zbiorach), z którym podobno wielu autorów odmawia współpracy. mam wszystkie książki w serii, od 2021 do teraz już 2025. nie wiem jak to działa, bo książka wyszła w grudniu, a ebooka wypuszczają teraz, w maju. dlaczego taki odstęp? i od razu w promocji, 9,99 zł. to wiadomo że wezmę, normalne.
artrage
no i jednak nabyłem pięknego rumuna, być może najważniejszą książkę roku (wg niektórych, ja nie mam zdania). normalnie lata po stówie, przy promce -55% się w końcu zdecydowałem. ale jakoś czuję, że zrobiłem to mniej dla siebie, a trochę żeby chłopakom nie było smutno (o tym że im smutno chrumkam w chrumkaniu) i żeby dołożyć skromną cegiełkę do imperium artrage.
napoleon v i inforteditions
kupiłem trzy książki historyczne, do tego papierowe, do tego dwie z nich używane. bo się wkręciłem. mam nowy idolizowany autorytet. ale więcej o tym może kiedyś.
mireki
pod wpływem opus magnum pięknego rumuna (którego nawet nie czytałem) zapragnąłem przeczytać „pieśni maldorora” de lautreamonta. kolejny papier w biblioteczce. główny bohater „solenoidu” codziennie jeździ tramwajem do roboty i czyta właśnie to. jak wyczytałem, że to książka kultowa dla surrealizmu, no to już musiałem.
piw
małżonka odkryła serię „biografie sławnych ludzi” piwu (względnie: serii marmurkowej), co jest o tyle dziwne, że już kiedyś jej parę sztuk z tej serii kupiłem. no ale tak bywa. zamówiliśmy dwie pozycje z serii, o hajle selasje (syllasje wg okładki) i o cesarzowej elżbiecie. mi się jakoś wkręciło że to o królowej elżbiecie, a to o tej sisi całej. ale korona jest korona. dorzuciłem do zamówienia „pedro paramo i inne prozy”, bo to ciekawe i chciałem mieć i przeczytać. a jeszcze za pomocą pracowych wintedziar zamówione zostało dla małżonki papierowe wydanie kolejnej marmurkowej biografii, o kubie rozpruwaczu, w normalnym obiegu już raczej niedostępnej. pewnie jeszcze zamówimy coś piwowskiego w czerwcu, bo i będzie ceram o wojnie husyckiej (dla świnia), i biografia braci grimm (dla świniaressy).
fundacja augusta hr. cieszkowskiego
tego mi trochę wstyd. nie dlatego, że to jest coś jakiegoś złego – bo nawet nie wiem. chodzi o „drapieżne noumeny” nicka landa. facet jest brytyjskim filozofem, dość takim egzotyczym. wg opisu wydawcy – kwartalnika filozoficznego kronos – „jeden z najważniejszych filozofów pierwszego ćwierćwiecza xxi wieku”. czyli książka filozoficzna, w zasadzie kompilacja tekstów tego autora napisanych przez ~dwadzieścia lat. oryginał wyszedł w 2011 r., więc jakieś nowe to nie jest. w samym kronosie kiedyś przedrukowywali jego artykuły i spotkało się to chyba z uznaniem, stąd decyzja o wydaniu książki. ministerstwo nie chciało dofinansować wydania, więc znak czasów: zrzutka. i w odróżnieniu od większości zrzutek, udało się. ale to dalej nisza w niszy w niszy, więc nakład równie niszowy. jak przeczytałem, że została wydana, to było 80 egzemplarzy dostępnych. jak już sprawdziłem co to za gość i o co tu może chodzić, to było wyprzedane. dzień później zerknąłem na bonito i były 2 sztuki. i włączyło mi się tzw. fomo. nawet nie bardzo rozumiałem o czym to jest – dalej nie rozumiem, por. opis wydawcy poniżej – ale jakoś napadło mnie, że jak nie kupię to już tego nigdy nie będzie. żeby nie było – przekonanie zapewne słuszne, ale przecież jest wiele książek, których nigdy nie przeczytam, nie kupuję i jakoś nic mi to nie robi. a tutaj to jakoś rzuciło mnie się na świński mózg. myślałem że jestem ponad taki świński pęd, a się okazuje że jak najbardziej jestem jego uczestnikiem, tylko cel pędu musi być odpowiednio wskazany.
„Pisma Nicka Landa zamieszkują zaburzoną anarchitekturę, przestrzeń przecinaną przez szczurze i wilcze wektory, które wywołują schizofreniczną metafizykę. Zaawansowane technologie przywołują starożytne istoty, rozpad ludzkiego głosu brzmi jak wycie kosmicznej traumy, cywilizacja pędzi ku sztucznej śmierci. Złowieszcze subkultury muzyczne sprzymierzają się z makabrycznymi kultami, gliniarze Turinga zapędzają bezpańskie AI do labiryntowych krypt, a Europa błyskawicznie zamienia się w laboratorium paranoi w globalnym cyberdodatnim obwodzie, który osiąga nieskończone zagęszczenie w roku 2012, przełączając nowoczesność w cokolwiek, co nią sterowało od drugiej strony nadciągającej osobliwości.”
promki targowe
pierwsze duże targi w roku, czyli warszawskie. sporo promek z tej okazji, ale skorzystałem chyba wyłącznie ze światoksiążkowej na fantastykę. pouzupełniałem trochę (sullivan, fantasy), parę nowych (buehlman i „święty od papuzich drzwi”) i parę starych (ziemkiewicz, haladyn, watts).
bookpass urodzinowy
nie, że ja mam urodziny, tylko bookpass ma urodziny, a tak naprawdę to publio ma urodziny (14), które świętuje prezentami dla użytkowników bookpassa. generalnie to jest to samo co zwykły bookpass, ale wybiera się jedną książkę z pięciu (a nie trzech) i to są polecajki pani gosi z publio, bez związku z wypełnioną ankietą (więc nie będzie sf).
co mi dali do koryta:
- „noc szpilek” santiago roncagliolo, artrage
- „przesunąć horyzont. 20 lat później” martyna wojciechowska, agora
- „historia świata w 50 kłamstwach” natasha tidd, wydawnictwo rm
- „wojenny klub książki” kate thompson, wydawnictwo literackie
- „imperium gniewu. paradoksy putinowskiej rosji” alice lugen, czarne
oczywistą odpowiedzią wydaje się „noc szpilek”, ale to już mam od dawna (sam nie czytałem, ale ludziowi świnia się podobało). to o klubie książki to jakiś romans, więc nie za bardzo. wojciechowska mnie nie interesuje wcale, szczególnie że temat to himalaizm, co interesuje mnie jeszcze mniej. no i zostało dwóch małych murzynków. obie książki z ciekawą tematyką, obie względnie świeże, dobrze oceniane. jedna polska (bo alice lugen to pseudonim), jedna zagraniczna. co robić jak żyć? wziąłem tę z czarnego, a to o 50 kłamstwach dodałem do obserwowanych, może kiedyś kupię.
bookpass majowy
no ciekawie, ciekawie. miałem, co prawda, nadzieję na nowego dukaja, ale nie zdarzyło się. trzy propozycje od pani małgosi wraz z opisami:
- praca zbiorowa, „nowe nadzieje. zwycięskie opowiadania z „nowej fantastyki”, prószyński i spółka
Przy tej polecajce wyjątkowo nie będę się rozpisywać – w swojej ankiecie zaznaczyłeś, że lubisz fantastykę, nie muszę Cię więc chyba przekonywać do zbioru czternastu zwycięskich opowiadań wyłonionych w konkursie kultowej „Nowej Fantastyki” 😉 Jury miało z czego wybierać, bo na konkurs nadesłano ponad 1200 prac (i zajęło im to ponad 1,5 roku) – a te najlepsze rekomendują Opowiadania rekomendują Anna Brzezińska, Istvan Vizvary, Magdalena Salik, Łukasz Kucharczyk, Anna Hrycyszyn, Marcin Zwierzchowski, Wojciech Chmielarz, Michał Cholewa, Paweł Majka, Marta Krajewska, Aleksandra Janusz-Kamińska, Krzysztof Rewiuk, Łukasz Orbitowski i Michał Cetnarowski. Polecam Ci więc je i ja. 😉
- vajra chandrasekera, „święty od papuzich drzwi”, czarna owca
Czytam opinie o tej książce i przede wszystkim – zanim podejmiesz decyzję, koniecznie przeczytaj na Publio darmowy fragment (zresztą radzę Ci to przy każdym tytule, który polecam co miesiąc, bo nie ma przecież książek, które każdemu się spodobają ;)). A o tym tytule opinie są podzielone – jedni mówią – „ależ udziwniony i skomplikowany świat, pogubiłem się”, drudzy się zachwycają i mówią, że choć lektura była wymagająca, to książka była warta każdej minuty spędzonej na jej lekturze – i że było to baaardzo ożywcze cztelnicze doznanie. I kiedy o autorze (ze Sri Lanki, ilu znasz autorów fantasy stamtąd? ;)) mówi się, że jest objawieniem, a jego debiut (bo to debiut!) zostaje obsypany nagrodami (m.in. Nebulą i Locusem), to podrzucam Ci w polecajce ten tytuł, bo może okaże się, że i Ciebie olśni. Co tu znajdziesz? Rewolucję i bunt, mnóstwo chaosu i brak linearnej fabuły (i to chyba jest największy zarzut), religię, mistycyzm i mnóstwo surrealizmu. Baaaardzo jestem ciekawa, czy to się okażą Twoje klimaty 😉
- maciej płaza, „kasperl i margit”, wydawnictwo literackie
Mam wrażenie, że w ciągu ostatniego miesiąca ukazało się kilka świetnych powieści i naprawdę jest w czym wybierać – żeby tylko znaleźć czas na czytanie! A tu trzeba będzie tego czasu sporo, bo nowa powieść Macieja Płazy ma ponad 600 stron i moi znajomi i bliscy, którzy już są po jej lekturze (ja dopiero zaczęłam) zgodnie mówią, że to powieść monumentalna. Ta wspaniała historyczna saga finalisty Nagrody Literackiej Nike przenosi nas do Poznania i Berlina w burzliwe czasy początku XX wieku. Tytułowy bohater – pochodzący z biedoty Kasperl i tytułowa bohaterka – pochodząca z wyższych sfer Margit to nie jedyne przeciwieństwa. Odbywamy literacką podróż przez czas pokoju i wojny, zniewolenia i długo wyczekiwanej niepodległości, wolności i pojawiającego się widma nazizmu. To książka o tym, że w rękach historii wszyscy jesteśmy tylko marionetkami. A wszystko to napisane wspaniałym językiem z elementami gwary poznańskiej, która podobno pięknie żyje w tej powieści (sprawdzę z ciekawością!). Zaczęłam czytać i wiem jedno – Płaza umie wciągać w snutą przez siebie opowieść. Jeśli masz ochotę na wielką powieść, rozpiętą na trzy dekady – to ja bym wybrała z majowych polecajek „Kasprala i Margit”.
ktokolwiek pisze te polecajki, mam wrażenie pewnego pośpiechu i niedoredagowania.
wszystkie trzy są ciekawe, drugą i trzecią w ogóle miałem w obserwowanych. „świętego od papuzich drzwi” akurat kupiłem dzień przed mailem. no to nie. „kasperl i margit” to jest, wg opisów, ciekawe, ale nie bardzo rozumiem w jaki sposób kwalifikuje się to do fantastyki, jak sądzę wcale. czy to coś złego – no nie, oczywiście. ale mam podejrzenie, że może być trochę ciężkie. ten zbiór z nf jest trudny do przewidzenia, bo nie znam prawie żadnego z autorów. książka wyszła 26 maja, ja dostałem maila 29 maja, na ten moment nie ma żadnych opinii na lbc ani żadnych konkretnych informacji czy to jest dobre. ale: wybrali 14 tekstów z 1276, to chyba musi coś znaczyć? no i jednak to będzie zupełnie coś nowego. bardzo dziwną to ma okładkę, swoją drogą. patrząc wyłącznie merkantylnie, to książka z prószyńskiego jest tańsza, a na literackie promocje są rzadziej. ale nie wszystko musi być merkantylne, wydaje mi się że zbiór tych nagrodzonych opek przeczytam chętniej, może też znajdę kogoś nowego, ciekawego, perełkę, diamencika. więc biorę ten zbiór, macieja płazę może kiedyś kupię. zresztą nie przeczytałem jeszcze jego poprzedniej powieści, „golem”.
inne takie tam
poza tym wszystkim kupiłem kilka takich mniej istotnych, głównie z amazona i kończącego żywota nexto, nie będę opisywał, same okładki:














chrumkanie
internetowe punkciki literackie
mój challenge na rok bieżący prezentuje się jak następuje:
i nie ma to dla mnie w sumie większego znaczenia. ale ewidentnie są ludzie, dla których ma to znaczenie. gdzie? no w internecie oczywiście. gdzie konkretnie? no na tiktoku, bo gdzie. otóż świńskim oczom mym ukazał się wątek na twitterze, gdzie uczestnicy rozważają dość intrygujące zachowanie, prezentowane przez miłośniczki książek i czytania (nie wszystkie oczywiście). otóż one czytają po kilkadziesiąt książek w roku, czasem kilkaset, co jest chwalebne. ale czytają w ten sposób, że pomijają wszystkie opisy, patrzą tylko na dialogi, trochę jak czytanie dramatu. fascynuje mnie to niebywale. jeżeli ktoś się określa jako booklover, a później czyta 1/6 książki i odhaczone, to jednak intrygujące jest dlaczego tak robi. deklaratywnie (w sensie same tak to tłumaczą): opisy są nudne i nic nie wprowadzają, je interesują fabuła i postacie. jakoś tego nie czuję, tu musi być coś więcej. jednak czytanie to jest performens. chodzi o punkty w internecie, że ja mam przeczytane 50, a ktoś 90? to spokojnie można dojść rocznie do tysiąca, jeżeli pominie się również dialogi i tylko się będzie oglądało obrazki. jak one oceniają te książki na pięć gwiazdek, skoro przeczytały same dialogi? jak się tym czytelniczkom zwróci uwagę, że to trochę dziwne zachowanie, to reagują posądzaniem o literary gatekeeping, czyli takie wykluczanie przez stawianie progów wejścia, tutaj w wersji literackiej. nie za bardzo przetłumaczalne na polski. chociaż u nas też latały pasty, że jak chcesz chodzić do sklepu po pieczywo to musisz mieć odpowiednie buty i torbę na bułki ze złota i pajęczej sieci. bułkowy gatekeeping.
ludzie w komentarzach podejmują się jakoś wyjaśnić ten fenomen. jeden gość pisze, że takie dziewczyny nie czytają książek-książek, tylko w zasadzie porno dla kobiet. ktoś pisze, że to jest efekt tak naprawdę funkcjonalnego analfabetyzmu. i że to znak czasów, że ludzie są w stanie się skupić na max. 30 sekund. ale to w ogóle nie jest nawet nowe zjawisko, znalazłem na medium artykuł, że tak się dzieje od dawna.
moim marzeniem stało się wysłuchanie recenzji jakiejś książki dukaja, najlepiej „innych pieśni”, czytanych właśnie z pominięciem opisów, same dialogi. ależ to by musiał być mindfuck.
mądrego warto posłuchać
na kanale zero był wywiad stanowskiego z jackiem dukajem. nie da się tego streścić, zresztą po co. ale pragnę przywołać cytat:
ja w ogóle uważam, że polski black metal to jest skarb narodowy i jesteśmy w tym wybitni tak jak w grach komputerowych.
tak.
nexto
otóż nexto zdycha, nie będą już prowadzili sprzedaży ebooków i audiobooków, bo się ponoć nie opłaca. no normalnie łezka się w oku kręci. kupiłem od nich 500+ książek. dopóki istniało nexto premium i dawało się kupić ebooki ze zniżkami typu 70% to najczęściej właśnie nexto miało najlepsze oferty. nie wrócą te czasy, nie wrócą już.
jak to jest być bestsellerem w polsce? dobrze czy niedobrze?
cieślik z artrage opisał trochę sukces ich wydawnictwa, mianowicie pięknego rumuna.
Solenoid jest dziesiątą najlepiej sprzedającą się ksiązką na bonito i jedenastą w literaturze pięknej obcej na empiku (com)
co to oznacza? sukces, oczywiście. co oznacza jednak sukces? zapewne sprzedaliśmy na tę chwilę ok. 2,5, może 3 tysiące egzemplarzy. zapewne wyprzedamy nakład, czego się nie spodziewaliśmy, zwłaszcza w tak krótkim czasie, i zrobimy dodruk.
zarazem to oczywiście tylko 4 tysiące egzemplarzy, a przy obecnej dynamice i ze świadomością tego, jak książki idą po paru miesiącach, bezpiecznie byłoby przyjąć ok. 7 tysięcy sprzedanych egzemplarzy w ciągu, powiedzmy, dwóch lat.
tak wygląda rynek literatury obcej, przynajmniej z naszej perspektywy, i z określonej półki.
cartarescu miał recenzje w zasadzie wszędzie. w polityce sobolewska 6/6, u rafała hetmana „książka wybitna”, zachwyty u engelkinga w kl, w krypolu i pewnie na tysiącu blogów i instagramów. najbardziej podobała mi się recka w czasie kultury. w większości spory entuzjazm. i ten entuzjazm przekłada się na ~3 tysiące egzemplarzy. z jednej strony mnie to nie dziwi, bo to książka droga, gruba, ciężka i smutna, zresztą sam zwlekałem z zakupem z ww. powodów. ale jednak smutne to jest trochę.
artrage, kaczki i czyż nie dobija się kaczek
swoją drogą chłopaki z artrage to nie wiem czy są poważni, czy trolle. wydają jakieś dziwaczności, naprawdę. już typowo memicznym był ten słynny martwy chilijczyk (juan emar). był fosse, który pisał septologię, ale bez kropek. tęczon, kultowa pozycja która miał doprowadzić wydawnictwo do upadłości (a sprzedali 1000 szt. pierwszego dnia, nawet nie dali książki do dystrybucji, bo wyprzedała się w przedsprzedażach). „riddley walker” russela hobana, które jest.. no nie wiem. można zobaczyć początek tej książki (klik to się powiększy):

później skromny „solenoid” pięknego rumuna (z blurba: niedoszły pisarz spędza życie na tworzeniu w swojej głowie alternatywnych rzeczywistości, zapisywaniu snów i koszmarów w szalonym dzienniku, wędrując umysłem po halucynacyjnym, pulsującym, ektoplazmatycznym bukareszcie). i może cytat:
Bukareszt to nie miasto, lecz stan umysłu, głębokie westchnienie, patetyczny i daremny krzyk. Przypomina starców, którzy są tylko chodzącymi ranami, zakrzepłą nostalgią, jak krzepnąca na skórze krew.
pomiędzy wydawanymi książkami stałe zagrożenie upadłością wydawnictwa przeplatane informacjami o nowych zakupach, np. książki o gadających psach dingo. luz na socialach, szczerość w podejściu do odbiorcy. wprowadzenie dość nietypowego produktu w postaci abonamentu na książki. i to chyba działa, bo wydawnictwo ma już nie tyle czytelników i zwolenników, co wręcz szalikowców (więc nie tylko ja tak ich odbieram).

na koniec wrzucają subtelne non-fiction o ludobójstwie żydów na palestyńczykach pt. „któregoś dnia okaże się, że wszyscy od zawsze byli przeciwko”. wszystko topowo wydane, topowo przetłumaczone, nawet okładki topka (szczególnie w serii cymelia). czyli jak na polskie warunki panowie wymyślili sobie tę grę od razu na najwyższym poziomie trudności. i chyba im mało, bo teraz ogłosili wydanie słynnych kaczek (chodzi o „ducks, newburyport” lucy ellmann).
posłużę się opinią na reddicie, w zasadzie jej pierwszym akapitem, w dość dowolnym własnym tłumaczeniu. wątek ma tytuł czy ktoś może mi wyjaśnić „ducks, newburyport?”
Co to kurwa za gówno? No naprawdę? Tuzin najważniejszych nagród literackich za 500 stron nieprzerwanego bełkotu? Czy ja tracę rozum? Ta książka jest całkowicie niezrozumiała. To test ludzkiej wytrzymałości, jak długo wytrzymasz kierując się wyłącznie uznaniem krytyków. Tak nie wolno robić ludziom. Jak śmiesz? Jak możesz zebrać swoje wpisy z pamiętnika/dziennika, pisane pod wpływem podręcznika kreatywności, wydać je i zostać literacką supergwiazdą?
i dla pewności fragmencikiem recenzji z the london magazine, również tłumaczenie własne.
Nie jest zaskoczeniem, że rezultat jest przytłaczający i niezbyt przyjemny. Czytanie Kaczek to jak próba oglądania ulubionego serialu, przy włączonym radiu, kiedy ktoś recytuje wpis z Wikipedii poświęcony Watergate, a jednocześnie scrollujesz twittera. Fabuła jest zakopana w narracji i bezustannym strumieniu informacji, które stale wybijają narratora z wątku.
czytelnictwo niby upada, książki są coraz prostsze, ludzie nie potrafią utrzymać skupienia dłużej niż przez 30 sekund. więc artrage wyda kaczki. to jest powieść na ponad 1000 stron, czyli po polsku będzie 1200+. cała powieść ma tylko osiem zdań, które mają łącznie 2.5 mln znaków. jedno zdanie ma 500 stron. fraza the fact that pojawia się w treści książki dziewiętnaście tysięcy razy. na tym etapie to już nie jest arogancja i ekstrawagancja, to jest szaleństwo wydawcy. oni muszą nas trollować. wyczuwam tu gdzieś w tle ciśnięcie beki z czytelników, „patrz, przeszło, łyknęli, to teraz wrzucimy im to, jeszcze dziwniejsze”. z jednej strony podziwiam, ale z drugiej to naprawdę ciekawi mnie czym to przebiją. nie będzie łatwo.
o romantasy i romantasy
andrzej miszkurka na forum zaginionej biblioteki (obecnie pełniącego funkcję nieoficjalnego forum zapowiedziowo-wydawniczego wydawnictwa mag) tłumaczy, dlaczego rezygnują z wydawania „strzały kushiela” jacqueline carey. bo to jest przecież w zasadzie romantasy, a romantasy jest popularne (bardzo), więc dlaczego z tego rezygnować? pan andrzej wyjaśnia w sposób dość zabawny, że to się nie przyjmie, bo z tą książką jest problem – jest dobra. a takie romantasy, co się sprzedaje, nie jest dobre. tłumaczy to jak następuje:
Myślę, że głównym problemem jest przede wszystkim dramatyczny brak następujących elementów:
- imperiów bez ekonomii
- wojen bez logistyki
- kontynentów bez rolnictwa
- stolic królestw wyglądających jak lobby luksusowego spa
- dworów pełnych „śmiertelnie niebezpiecznych” elit zachowujących się jak grupa influencerów po trzech prosecco
- tysiącletnich wojowników z emocjonalną stabilnością maturzysty po ghostingu
- generałów prowadzących armie według zasad terapii par
- systemów magii działających wyłącznie wtedy, gdy trzeba podkręcić napięcie seksualne
- starożytnych przepowiedni brzmiących jak wpisy z Instagrama
- polityki międzynarodowej rozwiązywanej rozmową o „więzi” między bohaterami
- zabójców o reputacji demonicznych potworów, którzy po dwóch rozdziałach gotują bohaterce zupę i pytają, czy dobrze spała
- królowych imperiów mających czas głównie na dramy relacyjne
- rewolucji społecznych zatrzymywanych, bo główny bohater musi najpierw „process his feelings”
- śmiercionośnych akademii, które realistycznie wybiłyby własne elity po jednym semestrze
- świata przedstawionego istniejącego tylko wtedy, gdy kamera patrzy na bohaterów
- dialogów ludzi z quasi-średniowiecznego świata brzmiących jak kłótnia na TikToku
- oraz oczywiście „morally grey” bohaterów, którzy są moralnie szarzy głównie dlatego, że są aroganccy i mają tatuaże
polskie radio też uruchomiło podcast o książkach
o wdzięcznym tytule „chłopaki od blurbów”. można obejrzeć odcinek o tu:
względnie kliknąć watch on youtube.
czyżby do polski faktycznie trafiała moda na książki z zachodu? jeżeli nie, to nie bardzo rozumiem jaka jest przyczyna powstania tego formatu. ale spoko, można posłuchać. prowadzą wojciech chmielarz (ten od kryminałów) i pigout (bloger). kto by pomyślał, że tych internetowych świń książkowych tak dużo. no ale on był świnią zanim ja byłem świnią, więc nie mogę się czepiać.
fajny jest fragment o raporcie czytelnictwa biblioteki narodowej, podobała mi się konstatacja chmielarza, że przeczytać jedną książkę w rozumieniu bn to można w sumie przez przypadek, a żeby tego uniknąć to trzeba wić się jak wąż i mieć stale zamknięte oczy.
mniej więcej w połowie jest zaproszony gość, michał michalski z artrage (no tak się dowiedziałem o istnieniu tego podcastu, sociale wydawnictwa działają mocno) i to jest chyba najlepsza część podcastu. silna ekipa: siwy, łysy i rudy. na początku krótka dyskusja o właśnie stanie czytelnictwa i piękny cytat o raporcie czytelnictwa:
mamy dane, które są śladowe i dane, które są punktowe, i dane które są niepełne, i co gorsza, nie wiemy jak bardzo są niepełne.
wynotowuję dla świnia z przyszłości co następuje:
- te 41% z raportu bn to i tak jest zawyżone
- z czytelnictwem jest gorzej niż się wszystkim wydaje
- ten polski hard-reader, czyli czytelnik 7+ książek rocznie, stanowiący 7% populacji, w czechach jest określony na 14+ książek rocznie. ale u nich czytelnictwo jest na poziomie 71%. a takich hard-czytelników mają 40-50%.
dla chętnych jest już drugi odcinek podcastu, ale mniej mnie zainteresował, bo ja mało kryminalny literacko jestem. za to jak ktoś lubi thrillery i kryminały, to panowie rzucają sobie polecankami i opowiadają co ich zachwyciło. więc może czytelnicy i czytelniczki świniowych raportów powinni i powinny obejrzeć.
dla jeszcze chętniejszych jest trzeci odcinek. nie wiem czy już tak będzie, że zaproszonym gościem jest autor(ka) kryminałów, trochę to obniża wartość podcastu dla mnie, ale może coś się rozwinie, na razie to był najsłabszy odcin. tym razem gościem była małgorzata starosta, nieznana mi całkowicie, podobno przedstawicielka komedii kryminalnej.
i na tym kończę.