raporty literkowe, biblioteczkowe, chrumkanie o ebookach i fantastyce

raport literkowy 2026.08

sierpień subtelnie przed wakacjami. literkowo słaby miesiąc, w sumie nic takiego dobrego przeczytane nie zostało. za to całkiem sporo książek weszło do księgozbioru, w tym dużo książek kucharskich i książek dla młodzieży z problemami osobistymi.

przeczytane

38/2026: matt dinniman „the gate of the feral gods”

dandy house, 2021

czwarty już tom cyklu, więc krótko: dalej ciekawie, ale wzmaga się nastawienie na współpracę. dużo więcej tego sosu polityczno-zakulisowego. carl ma jakiś dziwny kompleks zbawcy. coraz więcej jest takich rozwiązań fabularnych typu deus-ex-machina (i to wręcz dosłownie).

przygody głównych bohaterów stają się już nieznośnie niewiarygodne, i wiem że mówię o książce w zasadzie fantasy o grze komputerowej. za każdym razem są o włos od porażki, ale jednak się udaje. no trochę to jednak denerwuje. i oczywiście wszystkie nietypowe i jednorazowe wydarzenia wydarzają się wyłącznie protagonistom, no robi się to cokolwiek męczące. ale z dobrej strony: nawet jeżeli nie zawsze wiadomo, co się dzieje, to jest za tym wszystkim jakiś szerszy plan, dalekosiężny i dalekowzroczny, który jak sądzę zrealizuje się na dziewiątym poziomie (ta książka jest o piątym). mam nadzieję, że dotrwam do tego czasu.


39/2026: dmitry glukhovsky „futu.re”

insignis, 2015

o ile rozumiem, że na rynek amerykański, czy ogólnie na rynki zachodnie, wydawcy posługują się transliteracją nazwiska, o tyle nie pojmuję dlaczego w polsce wydawca pisze glukhovsky zamiast głuchowski. ale to może taki koncept literacki. w każdym razie ruska książka napisana w rosji przez rusa po rusku.

no i kto wymyślił, żeby na okładce pisać „najnowsza powieść autora…”. przecież to na każdej można napisać. już nie lepiej skreślić „najnowsza”?

autor oczywiście znany z dwóch tematów: innego konceptu literackiego, czyli „metro 2033” (książki, uniwersum, gra komputerowa) oraz wyłapanej u siebie (ale in absentia) ósemki za krytykę wojny na ukrainie. z cyklu metro czytałem dwie książki i było to dość przeciętne postapo. faktycznie, jeżeli on to pisał mając 18 lat to trochę szanuję, ale z drugiej strony trochę było widać, że miał 18 lat. tu widziane „futu.re” to ma być wg opinii i recenzji najlepsza książka autora, pełne dojrzałe mądre sf. no nie jest.

to znaczy może to i jest najlepsza książka autora, ale daleko by była dobra. generalnie dominuje poczucie zagubienia, i to nie jest takie zagubienie jak u dukaja, czyli co tu się odprocedurza, tylko takie zagubienie typu po co on to pisze, przecież to do niczego nie prowadzi. ale ok, jest lepiej niż w metro, tylko to niewiele znaczy tak naprawdę. niby też sf, ale trochę mniej postapo. świat przyszłości, ekstremalnie przeludniony, ludzie w megalopolis (może to już gigalopolis), do tego obowiązuje nieśmiertelność. z nieśmiertelnością jest trochę problemów, bo jw: przeludnienie, brak surowców. główny bohater nazywa się jan (717), jest członkiem falangi. falanga to coś pomiędzy tajną partyjną policją, ministerstwem miłości z orwella i gestapo, które szuka niezarejestrowanych dzieci. na okładce jest maska apollina, która jest czymś w rodzaju odznaki falangi. trochę bez sensu, ale dlaczego tak – nie wiadomo. jak już znajdzie te niezarejestrowane dzieci, to robi z nich kolejnych młodych falangistów, a rodzicom wstrzykuje akcelerant starzenia. świat przedstawiony jest, trzeba przyznać, raczej ponury, z tym skazywaniem na starość rodziców dzieci, przeludnieniem, brakiem wody, prądu, powietrza, przestrzeni, syntetycznym jedzeniem. bohaterowie też nie napawają optymizmem.

jan tłucze się pomiędzy 1) ambicją (bo ma małe mieszkanie i klaustrofobię, więc chciałby większe), 2) ptsd po internacie dla młodych falangistów, gdzie był oczywiście dryl, totalitaryzm, tortury, łamanie charakterów itp. 3) jakimś kuriozalnym zauroczeniem w kobiecie, którą zobaczył podczas akcji falangi, gdzie mieli zabić jej narzeczonego. btw: jan jadąc na akcję myli pociągi i trafia do jakichś ogrodów, więc co robi? gra we frisbee, normalna rzecz jadąc na zabójstwo. jak już tamta go zauroczyła, to oczywiście mu trochę odwala, wszędzie ją widzi, cały czas o niej myśli, więc w ramach terapii udaje się do kościoła przerobionego na burdel (poważnie). jedzie z nią na wycieczkę do włoch, gigantyczny mindfuck, później nielegalnie jadą do barcelony. no takie złote wakacje. jan jest niby doświadczonym zawodnikiem w tej falandze, dowódcą albo prawie dowódcą, można domniemywać że ileś już tych akcji ma za sobą. dlaczego tutaj mu to siada na psychice – ciężko powiedzieć.

jest takich na maksa udziwnionych scen jak te wymienione z frisbee i kościołem. dużo miejsca zajmuje opis jakiejś dziwacznej eskapady do toskanii, gdzie jan i ta jego ukochana niby powinni się ukrywać, ale jadą pociągiem bez biletu i włamują się do jakiegoś parku, bo jan ma coś jakby tapetę widoczku z tego parku na ścianie mieszkania. no naprawdę. ta dziewczyna w ogóle jest jakaś dziwna, zresztą wszystkie kobiety w książce są co najmniej dziwne. i dużo scen erotyczno-fetyszystycznych, zupełnie niepotrzebnych i robiących wrażenie, że to autor trochę przelewa na papier swoje fantazje. i te fantazje sytuują autora w kategorii, bym powiedział, mężczyzn o gustach dość dziwnych.

formalnie to jest sf, ale nie science fiction, tylko fikcja spekulatywna. już same założenia fabularne świata są dość trudne do zaakceptowania. w ogóle nie ma warstwy science. żeby ktoś to czytał ktoś mądrzejszy niż ja, to pewnie z łatwością byłby w stanie wypunktować niezbyt rozsądne założenia tego przedstawionego świata. od mniej więcej 25% czytałem już tylko po to żeby skończyć, bez wnikania. i w sumie też bez większej przyjemności.

jak już miałbym wskazać coś dobrego, to względnie ok zrobione są sceny akcji, dynamicznie. za to elementy intrygi zaniżają poziom dość znacznie. w ogóle to jest nudnawe, ledwostrawne. mam podejrzenie, że autorowi będzie wychodziło lepiej w krótkiej formie, dam mu może jeszcze szansę, ale do „futu.re” nie wrócę.

zapłaciłem 9,99 zł na świecieksiążki, nie pamiętam już kiedy. za takie pieniądze warto, bo za takie pieniądze to w sumie prawie wszystko warto. ale patrząc na superpozytywne opinie i recenzje, to jednak nie tyle niedosyt, co rozczarowanie. w ogóle to najchętniej dalej bym czytał ten cykl litrpg o carlu.


40/2026: joanna ufnalska „psy gończe”

pulp books, 2024

ależ mnie wymęczył ten rus, potrzebowałem czegoś luźniejszego. a co może być luźniejsze, niż kryminał, szczególnie kryminał historyczny. najpopularniejszy gatunek beletrystyki w polsce, wszyscy chcą czytać kryminały i chyba wszyscy chcą też pisać kryminały, więc idę za tłumem. żona twierdzi, że najbardziej odprężające są kryminały z trupami. no niech będzie, nie mam doświadczenia ani z kryminałami ani z trupami.

o pulp books pisałem całkiem niedawno, w marcu, z okazji książki kajetana szokalskiego. o pani joannie ufnalskiej nic nie pisałem, bo nic o niej nie wiem i nic od niej nie czytałem. ma swoją stronę na wikipedii, pomimo tego że chyba niczym takim się znowu dla świata nie zasłużyła. w każdym razie jest z łodzi, książka jest o łodzi roku 1922, to w porządku. książka była nominowana do nagrody wielkiego kalibru (tam chyba nie ma szortlisty i longlisty, w każdym razie nominowanych było 7 książek w tym „psy gończe” właśnie). nie wygrała, ale to i tak chyba sukces, jak na debiut i tak mocno konkurencyjny gatunek.

jest kryminał, więc jest trup (księdza), jest intryga i jest policjant (jakub gajcer) z łódzkiego urzędu śledczego. gajcer brał udział w rewolucji 1905, a podczas wojny był w pps. narrator mówi, że wykazał się gdzieśtam w jakiejś sprawie, gdzie błyskotliwie rozpracował zabójstwo, to dali go do tego urzędu śledczego. autentycznie nic nie pokazuje w nim tego błysku, pozostaje ufać narracji.

sprawdzonym mocno tropem (przynajmniej w serialach) jest wsparcie merytoryczne, tu były lekarz, obecnie patolog i kryminalistyk, szmul. tj. żyd. ma jakieś przemyślenia, poglądy, traumę po wojnie, ma jakiś konflikt wewnętrzny. jest to chyba jedyna ciekawa postać w całej książce, dużo ciekawsza od głównego bohatera. teoretycznie gajcer ma jakichś kolegów w tej policji, ale oni nie mają żadnych cech, żadnej osobowości, są tam tylko po to żeby w odpowiednim momencie było komu zameldować że ktoś przyszedł na zeznania. np. pojawia się informacja, że któryś z jego posterunkowych jest z bydgoszczy. i co? i nic.

jest kryminał, więc oczekiwałbym, że dzielny detektyw rozpracuje zbrodnię. otóż komisarz gajcer może by i chciał coś rozpracować, ale coś tu jest nie tak, albo ta sprawa go przerasta albo on zwyczajnie jest dość przeciętnym policmajstrem. sprawa rozpracowuje się sama, nie ma żadnej dedukcji, szukania motywów, po prostu są przypadki. jak śledztwo zamiera, to przychodzi akurat zupełnie nowa postać i zeznaje, że o, a ja tu znałam taką i taką osobę. no i ślicznie poszlaka doprowadza do czegoś, co doprowadza do jeszcze czegoś. potem jest zatkanie i kolejny deus ex machina.

główny wątek jest taki, że znajdują zwłoki księdza, śledztwo do niczego nie prowadzi, gajcera oddelegowują do sprawy zaginionego syna niemieckiego bankiera, jedyne do czego śledztwo prowadzi to ustalenie że sprawy są powiązane, teraz to już śledztwo do niczego nie prowadzi, więc gajcer jedzie pod adres znaleziony na jakiejś kopercie. adres jest w petersburgu i należy do rodiona raskolnikowa. gajcer autentycznie jedzie do petersburga, pociągiem. przypominam, jest 1922, dwa lata po wojnie polsko-bolszewickiej, trwa rewolucja, petersburg jest w całości pod kontrolą bolszewików. główny bohater jedzie na teren wrogiego państwa, bo a) początkowo nie ogarnia, że nadawca to postać literacka, b) jak już żona mu mówi, że raskolnikow, dostojewski etc., to on i tak jedzie. i jakimś niesamowitym zrządzeniem losu znajduje tego chłopaka, który zresztą miał nie żyć, chociaż za cholerę nie rozumiem jaki tu ciąg przyczynowo-skutkowy miał miejsce.

no ja nie wiem. jak dla mnie to jest a) głupie b) no trochę nudne. jeżeli to jest poziom tych kryminałów nominowanych do nagród, to chyba nie zostanę fanem. autentycznie dużo ciekawsze są te telewizyjne (względnie netfliksowo-habeowe), a nawet takie książkowe w osadzone w jakimś świecie fantastycznym, jak ten świetny „zatruty kielich” bennetta.

na plus autorka nie próbuje wszędzie wciskać łodzianizmów, pojawiają się jakieś leberki i inne pierdoły, ale delikatnie. za to zupełnie nie rozumiem, po co sili się na fonetyczne zapisy rosyjskiego czy jidysz. kiedy jakaś postać mówi jedno-dwa zdania do drugiej w innym języku, to jest ok, bo pokazuje jakąś odrębność, wyobcowanie, że rozmówca też tego nie rozumie. ale w tej książce są takie sceny, gdzie np. gajcer, jego kolega i żona kolegi rozmawiają po rosyjsku. i to trwa dwie-trzy strony. wszystkie zapisy są fonetyczne i do każdego zdania jest przypis. po pierwsze, po co. skoro oni wszyscy się rozumieją, to jaki sens ma taki zabieg. po drugie, jak już pani autorka się decyduje na taki zabieg, to dobrze by było, żeby to co pisze po rosyjsku znaczyło to co w tłumaczeniu. bo cośtam jednak pamiętam i polskie tłumaczenie nie zawsze jest zgodne z oryginałem.

książkę kupiłem na stronie wydawnictwa, całe 11 zł kosztowała. kupiłem w październiku 2024, a książkę wydano wtedy właśnie, to chyba coś (poza ceną) musiało mnie do zakupu przekonać. od tego czasu pojawiła się kontynuacja, „psy gończe II. leo minor”. też mam.


41/2026: eddie robson „drunk on all your strange new words”

tor books, 2022

tor to jest jedno z największych i najbardziej zasłużonych amerykańskich wydawnictw fantastycznych (technicznie imprint). jak bardzo jest to zasłużony dla fantastyki wydawca, chyba dobrze obrazuje nagroda locusa dla najlepszego wydawnictwa. otóż pomiędzy 1988 a 2024 mieli 100%. 36 razy z rzędu najlepszy wydawca fantastyczny.

już bardzo potrzebowałem czegoś nienudnego i niemęczącego. najlepiej też mało pojebanego. cozy-cośtam. już nawet nie miało znaczenia co, ale potrzebowałem odmiany. oczywistą odpowiedzią było czytanie kolejnego tomu „dungeon crawler carl”, ale jest ryzyko przesytu, a przecież mam przepastne szafy, coś znajdę.

tytuł jest chyba nie do przetłumaczenia, bo tu są trzy frazale: „drunk on words”, czyli coś jak spijać słowa z ust, ale też zupełnie dosłownie upijać się czymś, oraz „strange new words” – w star treku było strange new worlds, czyli generalnie nowe, dziwne światy, tutaj nowe słowa. fabularnie ma to nawet sens, bo główna bohaterka lidia jest tłumaczką. świat przedstawiony w przyszłości i koncepcji sf, więc jest tłumaczką z logiańskiego (rasa w mianowniku: logi) na ziemski. tutaj nawet nie do końca chodzi o tłumaczenie z języków, ponieważ logianie porozumiewają się z lidią telepatycznie. niestety porozumiewanie się w ten sposób ma poważny efekt uboczny, mianowicie coś jak upojenie alkoholowe, chociaż bez samego alkoholu (ale z czymś w rodzaju kaca). więc lidia w pracy jest w sumie non stop najebana, normalnie jak polski budowlaniec. więc znowu: fabularnie tytuł ma sens, bo słowa, dziwne światy, upijanie się. ale jak to przetłumaczyć na nasze żeby się obroniło, to nie wiem.

świat przedstawiony jest nawet ciekawy, chociaż może nie jakoś szczególnie odkrywczy. wszechwładza social mediów, dochód podstawowy, wszyscy mają kamery w okularach. co ciekawe, wraz z nadejściem na ziemię logian, znacznie wzrosło znaczenie drukowanych książek.

książka jest w zasadzie kryminałem. lidka jest tłumaczem dla logiańskiego dyplomaty, tłumaczy na bankiecie dyplomatycznym, następuje zabójstwo, lidka jest podejrzana (a nie wiadomo za wiele co robiła w nocy, bo wiadomo, pijana). do tego momentu jest w zasadzie dość nudnawo, niby coś się dzieje ale bez większego ładu. boi się, że uznają ją winną zabójstwa, więc wymyśla, że sama znajdzie zabójcę. ma tutaj pewne wsparcie, dosyć niespodziewane i nawet cośtam rozwiązuje. a później, niespodzianka, cała intryga zostaje odwrócona, sojusze się zmieniają, wychodzi na wierzch intryga w intrydze. to jest autentycznie dużo ciekawsze rozwiązanie kryminalne niż te „psy gończe” czytane przed chwilą, które miały być takim typowym, uczciwym kryminałem. kupione na amazonie w grudniu za dwa dolary.


biblioteczka

różności. dużo różności.

łącznie +29 nie licząc amazona i bundla (ale jakby policzyć i te, to wychodzi pod 150). dość dużo, jakoś nie wiem kiedy się to rozeszło, niby tak kapało książeczką co parę dni.

na początek miesiąca trochę nietypowa książka, ale była tanio i wydaje się interesująca: „opóźnienie może ulec zmianie. fascynujący świat pociągów oczami maszynisty”. na publio.

światksiążki zrobił promocję na serię artefakty od maga. parę przygarnąłem (np. gibsona, brunnera), ale głównie mnie tam interesuje vernor vinge. oceny od 2 do 10, to musi być ciekawe.

z małżonką obejrzeliśmy book haul piotra goćka na jego kanale youtube. materiał zaskakujący o tyle, że p. gociek to ma tak 30 lat za dużo na bookhaule, więc tym chętniej to obejrzeliśmy. i wyrażone opinie przekonały nas do zakupu trzech pozycji: „odyseusz” wydawnictwa benedyktynów z tyńca, „najlepsze opowiadanie na świecie” kiplinga (piw) i „zwycięstwa i porażki. chiny w czasach czang kaj-szeka 1887–1975” (też piw). z tego dwie pierwsze dla ludzia, ostatnie dla świnia.

z takich wyłącznie ludziowych, to na wniosek ludzia nabyłem „operę na trzy śmierci”. sądząc po tytule, to jakiś kryminał operowy, ale to nie ja to będę czytał. dalej: „belcanto” ann patchett, „daisy i cesarz. wszystkie namiętności księżnej” o tej daisy von pless z pszczyny, „morderstwo nad jeziorem garda”. artrage zaproponowało ebook dnia w postaci dwóch kryminałów historycznych pawła rzewuskiego, podobno świetnych. nawet wziąłem jeden kryminał trochę pod kątem swojego przeczytania – jakiś kryminał zabawno zabawowy „trzy zagadki dla organizacji” eduardo mendozy. no i dla ludzia były książki urodzinowe, papierowe, głównie kryminały osadzone na górnym śląsku, pratchett po śląsku i kryminał emily griffith.

konkretna, ponad 1000 stron, biografia napoleona ze znaku, oceny na lbc 8,7 (!), nie jest to co prawda nowość, ale jednak. promocja ze 113 zł na 16 zł. no wiadomo że wezmę.

ponownie światksiążki z promocją, tym razem na wydawnictwo insignis (insignis media), co może jakoś istotnie doniosłe nie jest, ale jak na 17. sierpnia to uświadomiłem sobie że kupiłem w tym miesiącu dość dużo książek, a nic tego nie zapowiadało. z insignisa wziąłem: jednego vaclava smila, pana który wie wszystko zna się na wszystkim, tym razem będzie się znał na tematy żywności. „widzę, że interesuje cię ciemność”, illariona pawliuka, kryminał, wielki hit, dla żony. jako że insignis jest pierwszym wydawnictwem, który w polsce parał się litrpg – a ja chyba chętnie sprawdzę coś poza dungeon crawler carl – to wziąłem od nich pierwszy tom cyklu „primal hunter” i komplet cyklu „level up”.

co tam na amazonie:

  • coś co wydaje się naprawdę ciekawe i dobre i jaram się: daniel polansky „the builders”. fantasy z motywem zemsty, którą realizuje kapitan i jego drużyna. kapitan to mysz, w drużynie są np. pancerniki, lisy, borsuki, wiewiórki, krety itp. brzmi mocno dziecinnie, ale z tego co czytałem to niby jedno z lepszych grimdark fantasy ostatnich lat. nawet dostało nominację do hugo za 2016.
  • się zdarzyła promka na prequel „czarnego języka” christophera buehlmana. sam czarny język podobał mi się bardzo i uważam że to świetna książka. pan autor napisał od tego debiutu jeszcze dwie książki, również wydane przez maga – „dwa ognie” (niepowiązane z cyklem) i „wojna córek” (prequel), teraz w październiku wychodzi w usa drugi tom cyklu (tj. kontynuacja).
  • ukompletowałem roberta silverberga „kroniki majipooru”. podesłało mi w mailu, że „quadrail” timothego zahna jest w promocji. pierwsze trzy tomy (to pentalogia) za 4 dolary (ok. 1200 stron), dwa ostatnie też 4. nigdy to nie było wydane w polsce, więc nie wiem skąd to kojarzę – a kojarzę, przynajmniej początek. kupiłem ten pierwszy pakiet, 4 dolary za 3 książki to chyba dobry deal.
  • amazon opublikował kolejną kompilację z tych swoich amazon originals (czytałem dwie serie parę miesięcy temu), tym razem magic & mystery, magia i tajemnica. czyli jednocześnie fantasy i wątek śledczo-kryminalny. jednym z autorów jest robert bennett, który właśnie dzięki takim kombinacjom zrobił karierę – dla mnie jego pierwszy tom „cieni lewiatana” to była książka roku. 7 nowelek/opowiadań w tej serii, nie wiem o nich za wiele, autorów też generalnie nie kojarzę. 6 kupiłem, akurat promka, po dolarze od sztuki.
  • coś czego nie mogłem przegapić – zbiór optymistycznych opowiadań sf. no o różnych rzeczach już słyszałem, nawet o cozy sf, ale o optymistycznym sf to jeszcze nie.
  • sporo wziąłem książek w cenie $0. zapewne większość jest nie do pokonania, ale znalezienie czegoś dobrego, a nieznanego i w tych pieniądzach musi dawać niesamowitą satysfakcję.

wyprzedaż litrpg

to w zasadzie też amazon. po pierwszym, dość chłodnym kontakcie z litrpg („dungeon crawler carl”), zacząłem się trochę oswajać i teraz ten cykl czyta mi się naprawdę dobrze. więc czemu by i nie poszukać czegoś więcej. poszukiwanie na polskim rynku ma sens nieznaczny (jest tylko 5 cykli, 4 z nich wydaje/wydał insignis). więc ok, po angielsku, w porządku – ale okazuje się że tam się nie da wybrać, bo są tysiące tytułów i cykli, a nie ma żadnych nagród które powiedziałyby mi od czego zacząć. no to zacząłem przeglądać fora. i tu proszę, na /r/litrpg drugi od góry post – trzecia wielka wyprzedaż książek z gatunku. jak się okazuje, pan rokrocznie robi taką akcję, że pisze do autorów i wydawców, żeby zrobić takie jakby święto i obniżyć ceny, przyciągnąć ludzi. i faktycznie to chyba działa – książki są albo całkowicie za darmo, albo po dolarze. wziąłem ze 30 pozycji. jeżeli przeczytam z tego 10% to byłby sukces.

gatunek ma dość fanatycznych fanów z tego co widzę, posługują się terminami których nie rozumiem, w ogóle nie zawsze rozumiem o co chodzi. może jak poczytam coś więcej to się wprawię. bardzo się denerwują jak ktoś nie odróżnia litrpg od progression fantasy (fantasy o postępach? nie wiem), ja akurat nie odróżniam. w ogóle litrpg wydaje się mieć bardzo bardzo dużo albo (subsub)subgatunków albo jakichś wykorzystywanych tropów – są takie bardziej osadzone na eksploracji tych gier i przygodach, są takie poświęcone budowaniu, romansowe litrpg, reinkarnacyjne, w wirtualnej rzeczywistości, masa tego. o dziwo chyba istnieje nawet cosy litrpg.

humble bundle

wynalazłem i kupiłem zestaw książek kucharskich wege. 61 książek, 16,47 euro. przeliczając na sztukę to wychodzą śmieszne grosze.

bardzo złożony content. są książki o gotowaniu azjańskim („Vegan Asian: A Cookbook”), murzyńskim („Blk + Vegan”), wg sposobu przyrządzania (One-Pan Vegan), wg geografii („Vegan Thai Kitchen”, „Southern Vegan”, „Island Vegan”) o gotowaniu, grillowaniu, pieczeniu, dań szybkich i łatwych, skomplikowanych i odświętnych, dla sportowców, śniadań, przekąsek, obiadów, kolacji, deserów. wszystko jest. jak jest 61 książek, to z założenia będzie coś dla każdego. to dopiero jest rozwiązanie czelendżowe, przejrzeć książki kucharskie w dwa dni i proszę, dwuletni zapas książek zaliczony, można podrywać wynikiem.

na razie przejrzałem tych książek może z pięć, wynotowałem ok. 10 potraw, jedną wykonałem i zjadłem (makaron od ramenu+ czerwona kapusta+ pieczarki, to wszystko w takim sosiwie bardzo udanym, robi się ze 20 min., polecam, jak coś podzielę się przepisem).

bookpass

meh. wklejam:

  • robert a. heinlein, „szlak chwały” (rebis, seria wehikuł czasu)
    • Czy istnieje taki gatunek, jak fantastyka przygodowa? 😉 Jeśli nie, to należałoby go wymyślić dla tej książki! To historia żołnierza-weterana, który po zakończeniu służby szukając przygód, adrenaliny (i przy okazji zarobku) odpowiada na tajemniczy anons w gazecie. „Czy jesteś tchórzem?” – tak brzmi przedziwne ogłoszenie, a że Gordon tchórzem nie jest, wplątuje się w najbardziej szaloną przygodę swojego życia. Wraz z piękną kobietą trafia do innego świata i wyrusza w baśniową misję przez kosmos niebezpiecznym Szlakiem Chwały – w poszukiwaniu tajemniczego artefaktu. Dowcipny, zabawny, z szybką akcją i barwnymi postaciami – taki jest „Szlak chwały”.
  • krzysztof bartnicki, „zespół odepa” (wydawnictwo officyna)
    • Jeśli cenisz sobie odważne książki, to „Zespół Odepa” może Cię zainteresować 😉 Ciężko sklasyfikować ten tytuł gatunkowo (przynajmniej ja się nie odważę) – bo częściowo jest to SF, częściowo kryminał, trochę może klimat Kafki. A przy tym jest PRL (i tajna jednostka Oddział Dewizowo-Paszportowy Odep w opolskim urzędzie wojewódzkim), fizyka, inwazja czasu i utrata pamięci 😉 Autor bawi się narracją i konstrukcją powieści – polecam Ci ją, jeśli lubisz literaturę, która nie jest łatwa i oczywista i masz ochotę na coś zupełnie innego (i dziwnego!).
  • katarzyna wierzbicka, „proces” (wydawnictwo mięta)
    • Lubisz powieści historyczne i fantasy? Ta książka to 2 w 1 😉 XVIII-wieczna Rzeczypospolita, czasy konfederacji Barskiej i słynnych procesów o czary – tyle z historii. A z fantasy licencjonowana czarownica i bezlitosny mag, magia, czary i osoby obdarzone magicznymi zdolnościami, które żyją obok zwykłych ludzi. W świecie stworzonym przez Katarzynę Wierzbicką nie ma prostego podziału na dobrych i złych – bo każdy ma swoje własne demony i własną ciemniejszą stronę, z którą musi się zmierzyć.

po przeczytaniu blurbów oczywistym jest, że najciekawszą z wymienionych jest „zespół odepa”. dlaczego w bookpassie za sierpień mam książkę wydaną w listopadzie 2025, to niejasne. to jest książka do tego stopnia inna i ciekawa, że oczywiście kupiłem ją już dawno temu.

mogliby już nie przysyłać mi tych skansenów, to naprawdę nie ma sensu. do tego odbieram to jak pójście na łatwiznę. heinlein spoko, ale poza dwoma-trzema pozycjami to jednak nic dobrego się nie znajdzie. no i to ma 70 lat.

„proces” ma te zalety, że jeszcze go nie mam i nie jest skansenem, to wręcz nowość wydana w sierpniu. zatem zostaje wybrany przez eliminację. nie wiem o tej książce nic, oceny na lbc ma średnie, wydawnictwo mięta nie wróży dobrze, ale co mam zrobić.

chrumkanie

spółka autorska heca

chyba wydarzeniem jest heca i dołączenie jacka dehnela do hecy, czyli nowego wydawnictwa zygmunta miłoszewskiego. książki wydawnictwa, w założeniach i komunikacji, mają być trochę jak jajka od szczęśliwych kur – że to wydawnictwo, w którym autorzy mają dobrze. można się zresztą z sociali dowiedzieć, że to dobre życie w sumie sprowadza się do wyższych tantiem, 15 zł od książki. na razie wielu autorów tam nie ma (miłoszewscy, dehnel, szamałek), ale to chyba ludzie względnie znani na rynku. i ma być więcej. na razie same wznowienia, taka backlista tego, co już wróciło do autorów. i chyba nie sprzedają tego w żaden inny sposób niż na swojej stronie + na targach, nie ma ebooków, nie ma tego w normalnej dystrybucji – przynajmniej na razie. książki są po 65 zł, co wydaje mi się być kwotą jednak wygórowaną, za coś co żadną nowością nie jest.

skoro ludzie względnie znani i też już doceniani, to i dehnel się spruł na facebooku co do opinii o wydawnictwie na rynku książki. oczywiście pisze trochę o czymś innym, niż w tym tekście. pan zbigniew czerwiński pisze w sumie wprost, że jak już autorzy są wypromowani, wysiłkiem ich dotychczasowych wydawców, to teraz mogą sobie robić wydawnictwa dla gwiazd. ma też oczywiście jakieś dziwne wynurzenia typu:

[wydawnictwo] zarabia na 1–2 bestsellerach na 10 wydanych tytułów, a zyski z tych niewielu hitów przeznacza na finansowanie trudniejszych, debiutanckich lub niszowych książek (np. poezji, reportażu, ambitnej eseistyki czy trudnej literatury pięknej).

no nie, to raczej jest tak, że na 10 wydanych kryminałów 2 sprzedają się lepiej niż inne. generalnie. i te dwa kryminały trochę finansują wydanie pozostałych 8. jakoś nie bardzo wierzę, że wydawanie twardocha finansuje ambitną eseistykę w wydawnictwie marginesy, a kinga poezję w prószyńskim. tak to pewnie bywa w piwie, w artrage, w wydawnictwie mag (tu akurat te hity dla młodzieży pozwalają wydawać „ucztę wyobraźni” na chwałę domu, ambitnej eseistyki niekoniecznie).

oczywiście dehnel też odpłynął i zamiast pisać kontrę to stworzył jakiś esej o trudnym życiu literata. na jego fb oczywiście setki komentarzy i koło adoracyjne. trochę te jego argumenty mnie nie przekonują, bo jednak utyskiwanie na niskie zaliczki jest chyba nie na miejscu przy sprzedaży książek, co miały już po kilka wydań. no ale odkąd jest spikerem unii literackiej, to mówi tylko o kasie i że ona jest najważniejsza. obie strony pewnie mają trochę racji, ale to już zaczyna przypominać polaryzację w polskiej polityce.

później czerwiński odpisał, dehnel odpisał, czerwiński odpisał, dehnel odpisał, no normalnie jak to w internecie. aaaa poźniej znowu wałkowanie tematu na facebooku, artykuł (wywiad z miłoszewskim) na wyborczej i znowu mizianie się po pleckach. nie wiem. sama idea wydawnictwa fair trade jest ciekawa, ale nie widzę tutaj przyszłości. panowie chcą się pozycjonować na rewolucjonistów, promować na kontrze do obecnego systemu, obalać rynek – to chyba działa, bo to też reklama, news się niesie, nawet jeśli jest cokolwiek naiwne. podejrzewam, że po obecnym hajpie i popularności skończy się miesiąc miodowy, nadejdą pewnie jakieś konflikty, jednak odcięcie od dystrybucji da się we znaki. jednak przy braku wejścia do empiku i świata książki będzie ciężko, przecież sprzedaż wyłącznie na targach i własnej stronie to ma np. claroscuro, które potentatem nie jest. z dystrybucji się dowiemy, czy naprawdę heca coś zmieniła. zobaczymy też wkrótce, czy ktoś będzie wydawał u nich nowe książki (poza miłoszewskimi i szamałkiem, mam na myśli nowe tj. zupełnie nowe, nie wznowienia). jeżeli nie, to heca pozostanie ciekawostką dla wzdychających do unii literackiej i krążących po targach.

znowu p. czerwiński pisze, nawet trochę sensownie

nie wiem czy portal rynek-ksiazki.pl sobie pan zbigniew czerwiński jakoś szczególnie ukochał, ale zamieścił tam też tekst „porozmawiajmy o anatomii kryzysu i drogach wyjścia„. żeby nie powtarzać, synteza:

  • jest kryzys na rynku. podstawą kryzysu jest niskie czytelnictwo.
    • szkoda, że nie wiemy jak się przekłada czytelnictwo na kupowanie, nie rozumiem, dlaczego skoro już robi się te badania czytelnictwa, to nie wprowadzą tam też pytań zakupowych. bo skoro 40% ludzi czyta cokolwiek, to pytanie ilu jest obecnych na tym rynku nie tylko jako konsument, ale też jako klient.
  • niski popyt na książki to niższe nakłady. niższe nakłady to większa koncentracja kosztów i większe ryzyko biznesowe, które wydawcy niwelują rozbudowaniem liczby tytułów, bo może któryś zażre. jak większe ryzyko i mały tort do podziału, to wszyscy na siebie patrzą wilkiem.
  • dużo tytułów, ale ludzie mają ograniczoną liczbę oczu (i uszu, jeżeli wierzymy w audiobooki). no to przy dość hardkorowym nasyceniu rynku tytuł swój złoty czas ma w zasadzie wyłącznie przy premierze. do tego momentu się zgadzam w zasadzie całkowicie.
  • konkurencja na rynku oznacza w zasadzie wyłącznie konkurencję cenową. a uzdrowienie rynku to w zasadzie wyłącznie ujck. to jest wskazane jako aksjomat. z tym, że ujck ma wg autora mieć dość trudne do wyjaśnienia skutki, np. „ustabilizowanie marż pozwoli wydawcom odejść od hazardowej liczby tytułów na rzecz ich jakości – wydawania mniejszej liczby dopracowanych tytułów z dłuższą obecnością na rynku i wyższym budżetem promocyjnym na pojedynczą książkę”. nie wiem czy dobrze rozumiem, ale ja to widzę jako odcinanie nierokujących, małorokujących i debiutantów. no i dlaczego tak naprawdę wydawcy mieliby wydawać mniej pozycji? jaki jest impuls do tego?
  • doprowadzenie do wzrostu zainteresowania książkami ma wziąć na siebie państwo. w sumie nie wiadomo dlaczego, ale wyłącznie państwo. jak to zrobić? posypać.
  • księgarniom koniecznie trzeba posypać. najlepiej to by było, żeby nakazać państwu kupować książki od wydawców (dla bibliotek), ale jak już się nie da, to niech przynajmniej biblioteki mają obowiązek kupowania książek od lokalnych księgarni.
    • autor przedstawia tezę, że lokalne-kameralne księgarnie to centra kultury. jest to teza wg mnie z gruntu nieprawdziwa, chyba że panu się mylą obiekty z książkami i chciał napisać o bibliotekach. księgarnie nie są i nie będą absolutnie żadnymi centrami kultury, a przynajmniej te które znam.
  • posypać trzeba dodatkowo redaktorom i tłumaczom, uznając ich za artystów, do których będzie miał zastosowanie nowy koncept minister cienkowskiej z tymi dopłatami do składek. mam duże wątpliwości, czy praca redakcyjna to praca artystyczna. jakoś nikt nie próbuje nawet zrozumieć, że jeżeli ktoś nie jest w stanie się utrzymać z wykonywanej pracy to nie musi być od razu artystą niezrozumianym i niedocenionym, może być też artystą chujowym i zwyczajnie prawidłowo docenionym.
  • słusznie pan autor zauważa, że wydawcy powinni działać w kierunku budowania wokół siebie społeczności. jak dla mnie, to jest autentyczna droga do sukcesu (por. artrage, tajfuny, ix, vesper, mag, inforteditions, kiedyś fabryka słów, kiedyś supernowa, nawet wydawnictwo niezwykłe). jeżeli wydawnictwu uda się zbudować z czytelnikami jakieś relacje i zaufanie, to zaczną kupować cokolwiek tego wydawnictwa. tylko tego się nie da zrobić w warunkach takiego kołchozu jak np. znak.
  • pan wyróżnił w tekście blok „co z czytelnikami”, co bardzo doceniam, bo mam pewne podejrzenie że jednak wyjdziemy na tym całym koncepcie zdecydowanie najgorzej. niestety pisanie o czytelnikach idzie mu średnio, bo najpierw wrzuca coś o systemowym wsparciu influencerów książkowych (dla mnie systemowość oznacza jednak wsparcie systemu i aparatu państwa, więc nie wiem czy to dobry pomysł). później jakiś chochoł, że obecnie traktuje się media społecznościowe jako wroga książki – no jednak nie, absolutnie nikt tak nie uważa. sugestię, żeby do kanonu lektur dać pizgacza i rodzinę monet to chyba jednak zostawię bez komentarza.

generalnie to się zgadzam. mało kto kupuje książki, to też z tego strumyka pieniężnego aż tylu się nie napije. trzeba zwiększyć popyt. czy państwo ma się tym zajmować – tak, ale chyba nie wyłącznie państwo, są ważniejsze rzeczy. rozwiązanie wydawców, czyli zwiększenie podaży ale niskie koszty i niska marża – no powoduje że ci co przy tych książkach pracują czują się wykorzystani. ale żeby im dać więcej, to wzrastają koszty i podaż spada. jeżeli chcemy coś zmienić, to dwa wyjścia: mocno podnosimy popyt na książki albo mocno zmniejszamy stronę podażową (autorze na twoje miejsce mam kolejkę chętnych).

paulina matysiak jedzie na urlop

popularna bestia z kutna, posłanka od transportu, pkp i cpk, niegdyś bibliotekarka, jedna z bardziej kojarzonych z książkami osób w sejmie (chociaż oczywiście nie przebije autorów takich dzieł jak „szczerze” i „rafał”). kiedyś w partii razem, obecnie bezpartyjna i niezrzeszona sejmowo, nawet jeśli cośtam próbowała w tej sprawie działać. w każdym razie pola ma wokół siebie zaskakująco liczną grupę fanów, przynajmniej internetowo.

i pani posłanka rzuciła na żer pytanie:

Dobra wciągająca powieść na urlop to…?

zawsze chętnie czytam takie wątki, bo można sporo wynotować. i odpowiedzi pokazują, że twitter to jest naprawdę niesamowite miejsce. odpowiedzi było ponad 500, więc tylko kilka wymieniam:

  • z nietypowych, niespodziewanych, co to też trochę je dla siebie wynotowuję: łysiak (trylogia, „statek”, „milczące psy”), „żelazny ogień” balla (nowość, powieść o oblężeniu malty w xvi w.), „sprawa pułkownika miasojedowa” bocheńskiego, „pamięć” petera nadasa, „kochanek wielkiej niedźwiedzicy” piaseckiego, „krzyżowcy” zofii kossak, „madame” libery, „klasztor” zachara prilepina, „broniewski – miłość wódka i polityka” urbanka, „złota włócznia” jadwigi żylińskiej. najwyraźniej twitter lubi powieści historyczne.
  • z cokolwiek trollujących: „polskie biesy. tom i – wiek xviii wrogie przejęcie i zbrodnie założycielskie” czyli wywiad-wykład grzegorza brauna na temat polskiej historii i polityki osiemnastego wieku. wg blurba to „odważne interpretacje faktów historycznych”. „barwy walki” moczara. „obóz świętych” raspail’a, „lenin” ossendowskiego. oczywiście nie brakło „o psie, który jeździł koleją”.
  • z fantastyki: no dukaj, lem, „diuna”, cixin liu, wiadomo. nic nadzwyczajnego się nie pojawiło. oczywiście po wielokroć jest „źródło czerni” lub kontynuacja, ale na twitterze należało się tego spodziewać.
  • no i te książki dla normików, polecajki jak z empiku: „gołoborze”, cherezińska, „colette”, te kryminały gortycha o karkonoszach, pffff

zabawne książki

trochę w kontekście powyższego. jest sobie na fb sekcja książek i komiksów, czyli grupa niby o książkach i komiksach, ale głównie grupa dla szalikowców artrage. no i pojawił się wąteczek

Jakie są dla Was najzabawniejsze książki?

jako że czasem potrzebuję czegoś lżejszego, i pewnie nie tylko ja, czytelnikom oraz świniowi z przyszłości wypisuję:

  • cały pratchett
  • „autostopem przez galaktykę”
  • „trzech panów w łódce..”
  • „paragraf 22”
  • szwejk
  • roland topor
  • paasilinna czy jak to tam się odmienia
  • vonnegut
  • „lubiewo” witkowskiego
  • eduardo mendoza
  • malcolm xd
  • „życie i myśli jw pana tristrama shandy”
  • często się pojawia chmielewska
  • „żądło”
  • pg wodehouse
  • evzen bocek
  • „jak przejąć kontrolę nad światem nie wychodząc z domu” masłowskiej, również „paw królowej” tejże
  • „młyn do mumii” petra stančíka
  • nawet „siódemka” szczerka się pojawiła, chociaż tylko raz

na tym kończę.